poniedziałek, 28 grudnia 2015

133. POCZTA EKONOMICZNA

                Kochana Babciu!
               
                Mam nadzieję, że nasze życzenia świąteczne dotarły do Ciebie jeszcze przed Wigilią? Bo okazuje się, że wysłanie przed Świętami kartki z życzeniami za pomocą poczty wcale nie musi być łatwe. Biorąc pod uwagę, że gołębie nie cieszą się opinią zbyt inteligentnych ptaków, można by pomyśleć, że to nie przypadek, że akurat one zyskały uznanie pocztowych decydentów...

                Widziałaś kiedyś śmieszne filmiki z ukrytej kamery? Takie, na których robi się z ludzi idiotów, stawiając ich w jakiejś nietypowej, zaskakującej i na zdrowy rozsądek niemożliwej sytuacji, a potem okazuje się, że to żart i każe im się z siebie śmiać? Zawsze się zastanawiam, ilu z nich śmieje się, bo nie chcą wyjść na sztywniaków. I ile jest takich, których zdjęć się nie publikuje, bo bohaterowie grożą procesem. Albo w ogóle zeszli na zawał…
                W tym roku przed Świętami myślałam, że taka kamera została ukryta przy naszej osiedlowej poczcie. Co chwila ktoś podchodził i próbował wejść w przekonaniu, że w takim okresie i o takiej porze oczywiste jest, że poczta pracuje. I co chwila odbijał się ktoś od wejścia jak mucha od szyby i lądował twardo na pupie przed schodkami albo przywierał jak rzucony pomidor do płaskiej powierzchni drzwi i spływał powoli aż do progu. Potem wstawał, otrzepywał się i dopiero czytał karteczkę, na której było napisane, że „Urząd Pocztowy w dniach 21-23. grudnia czynny jest do godziny 14.30”. Pamiętaj, Babciu, żeby zawsze najpierw sprawdzać karteczki na drzwiach, zwłaszcza poczty! I zwłaszcza przed Świętami!

środa, 23 grudnia 2015

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Kochana Babciu!
               
                Znów Boże Narodzenie! Czego życzyć Ci w tym roku, żeby się nie nadymać ani nie powtarzać?

                W ostatnim czasie modne są słowa „dobra zmiana”- widocznie jest potrzebna. To ja chciałabym Tobie i wszystkim wokół życzyć takiej dobrej zmiany. Żeby od teraz to, co łączy, było ważniejsze od tego, co różni. A każda cecha, która sprawia, że nie jesteśmy wszyscy tacy sami, niech zostanie doceniona, jeśli tylko nikomu nie szkodzi.
                Niech prawica i lewica przypomną sobie, jak doskonale do siebie pasują i jak się uzupełniają, karmiąc te same usta. Niech przestaną domagać się, żeby kciuk w obu rękawiczkach był zawsze po jednej stronie. I niech słyszenie wyprzedza mówienie – to dopiero byłaby dobra zmiana! Gdyby każdy dopuszczał do siebie zdanie drugiego, zanim uprze się, żeby postawić na swoim!

                Życzę Ci też, żeby zaufanie stało się czymś cenniejszym od podejrzliwości, a jego zawiedzenie niech przysparza więcej wstydu niż tropienie podstępów – chwały. Żeby uśmiech stał się ważniejszy od śmiertelnej powagi. I jeszcze, żeby było nam wszystkim do siebie coraz bliżej, zamiast coraz dalej.

Takiej dobrej zmiany życzę Tobie i wszystkim. Nie tylko na Święta.


Twoja J.

niedziela, 20 grudnia 2015

131. DONICE OBCE KULTUROWO

Drzewa i rdza.
Grudzień 2015

               

                Niedawno pisaliśmy o usuwaniu nadmiernie ukorzenionych drzew uszkadzających poprowadzone pod chodnikiem instalacje. Na miejsce wyciętych niedawno drzewek przy ulicy X magistrat zamówił donice z tajemniczego materiału przypominającego pokrycie kadłuba statku zalegającego pół wieku na dnie morza. Mimo wyraźnych związków nazwy naszego miasta z hydrologią, nie wszystkim mieszkańcom przypadły one jednak do gustu. Jednym nie podoba się kolor, innym wzór, jeszcze innych bulwersuje koszt wykonania i ustawienia  donic – ponad 3 tys. zł za sztukę.
                W obawie przed spontanicznymi akcjami społecznych protestów mogących doprowadzić np. do pokrycia donic substancjami antykorozyjnymi, magistrat wystosował oficjalne oświadczenie z informacją, że magiczny materiał to niejaki cor-ten, znany również jako korten, a jego cechą charakterystyczną jest rdzawy kolor ciemniejący pod wpływem warunków atmosferycznych. Kierowcom materiał powinien być znany z jednego ze słynnych rond, na którym stoi kortenowe drzewo byłego prezydenta.
                Na wszelki wypadek donice pozostają jednak pod stałą obserwacją monitoringu miejskiego.
                A Wam jak się podobają?

 Prowincjonalna Agencja Prasowa


Komentarze (30):

2015-12-03 10:42
~orkisz
Masakra!!!! Tyle pieniędzy za takie badziewie?! Płakać sie chce…

2015-12-03 10:48
~pampers
To trzeba pomalowac! Kto to widzial taki złom w samym srodku miasta stawiac? Przeciez to zgnije za dwa lata!

piątek, 11 grudnia 2015

130. CZAS SZCZUROŁAPÓW

Kochana Babciu!
               
                Czy Ty też podglądałaś kiedyś filmy przez dziurkę od klucza? Ja już wiem, że nie warto. Kilka dni temu, kiedy rodzice myśleli, że już śpię, podkradłam się pod drzwi pokoju, w którym oglądali film. To był horror…

Było sobie miasteczko. Mieszkali w nim ludzie tacy jak wszędzie. Duzi, mali, brzydcy, ładni, bogaci i biedni. Raz powodziło się im lepiej, kiedy indziej gorzej, ale zawsze jakoś sobie radzili. Trochę czuli się skrępowani w obecności mieszczan z większych grodów i zadzierali nosa przy mieszkańcach wsi i niewiele się od nich różniących mniejszych miasteczek. Oczywiście każdy miał swoje problemy, marzenia, sympatie i urazy. Ale przywiązanie do tego niewielkiego kawałka świata ich łączyło i pomagało razem stawiać czoła przyrodzie i różnym przeciwieństwom.
                Pewnego razu okolice nawiedziła plaga szczurów. Kiedy zauważono, że częściej ze spiżarni ubywa zapasów, że więcej szczurów niż zwykle przemyka po ulicach, a do tego robią się wielkie, tłuste i tak agresywne, że koty przestają sobie z nimi radzić, wezwano wędrownych szczurołapów. Ci przybyli do miasteczka, umówili się z rajcami na zapłatę, rozłożyli mały obóz na przedmieściu i rozstawili pułapki.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

129. POWIKŁANIA

Kochana Babciu!
               
                Czy już zaczęłaś świąteczne zakupy? Na pewno masz gdzie je zrobić? Bo gdybyś nie miała gdzie w tej Twojej metropolii, to przyjedź na naszą pROWincję. Mamy już komplet międzynarodowych sieci handlowych. Właśnie oddano do użytku „obiekt wielokondygnacyjny o przeznaczeniu usług komercyjnych”, który zastąpił park. Po polsku: market – jedynej sieci, której jeszcze u nas nie było. Pamiętasz, jak pisałam Ci o chorobie zawodowej, która nazywa się arogancja? Ostatnio nauczyłam się, że często idzie z nią w parze inna – hipokratyzja. Polega ona na tym, że ciągle mówi się o tym, jak to się troszczy o wszystkich wokół, tylko nie o siebie - a robi się dokładnie odwrotnie. Towarzyszą jej kłopoty z pamięcią, które okazują się zaraźliwe.

poniedziałek, 30 listopada 2015

128. BRUNATNIENIE

„Dżumy i wojny zawsze zastają ludzi tak samo zaskoczonych. (…) Zaraza nie jest na miarę człowieka, więc powiada się sobie, że zaraza jest nierzeczywista, to zły sen, który minie. Ale nie zawsze ów sen mija i, od złego snu do złego snu, to ludzie mijają, a humaniści przede wszystkim, ponieważ nie byli dość ostrożni.”[1]

fot.Dwie Słowie
                To nie będzie optymistyczny tekst. Bo ja nadal próbuję zrozumieć. Chociaż zaczynam się bać, że takie próby mogą mnie wiele kosztować, patrząc na to, co dzieje się wokół. I nie chodzi o to, czy lepsi byli ci, którzy ostatnie wybory przegrali, czy ci, którzy wygrali - to temat na osobny list, choć z tym ma wiele wspólnego.
                Próbuję zrozumieć, jak to się dzieje, że za „zdrową” reakcję uchodzi źle skrywany pod maską nienawiści strach, próba ochrony bezpieczeństwa kosztem odizolowania się od wszystkiego, czego się nie zna. Choć to nawet byłbym w stanie zrozumieć – naturalne ludzkie odruchy. Ale skąd bierze się w człowieku tak głęboka nienawiść do innego człowieka, że pcha go do mordu? Fizycznego albo słownego?
                Próba zrozumienia nie oznacza usprawiedliwiania. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cały czas skupiamy uwagę tylko na objawach, w ogóle nie szukając przyczyn. Nie da się wyplenić zarazy, lecząc tylko objawy, a nie likwidując jej źródła.
                Jeszcze 10 lat temu wydawało mi się, że świat płynie do przodu z wiatrem w żaglach: z nadzieją i przekonaniem o tym, że „będzie lepiej”. Że pokój będzie czymś coraz bardziej powszechnym, że coraz więcej ludzi będzie mogło cieszyć się wolnością, sprawiedliwością i prawami do decydowania o swoim życiu. Że ludzie zaczną słuchać się nawzajem i wyciągać wnioski z przeszłości. Dzisiaj czuję, że były to bardzo naiwne i ulotne przekonania. Zwłaszcza że wartości, które kiedyś wydawały się oczywiste, na naszych oczach przestają takie być.

wtorek, 3 listopada 2015

127. PLOTKA DZIADOWSKA

Kochana Babciu!
               
                Choć pora roku temu nie sprzyja, w naszym mieście miał miejsce cyrk. Tak głosi plotka. To znaczy nie było ani namiotu, ani akrobatów, słoni i lwów. Właściwie to chyba nawet nikt nie przyjechał spoza miasta. I wigilia dnia Wszystkich Świętych też bardziej skłaniałaby do zadumy, niż zabawy. Ale ci, którzy widzieli, twierdzą, że był to niezły cyrk.
                A plotka głosi, że było tak.

               
Stary, opuszczony szpital. Przedsionek. W przedsionku sprzątaczka. Za jednymi drzwiami obrażony Jaśnie Pan. Za drugimi, na dworze, marznąc i przestępując z nogi na nogę, publiczność i trupa teatralna.
- Panie Kazimierzu, oddejcie klucze… - prosząco mówi pani sprzątaczka.
- Po moim trupie! – dobiega głos zza drzwi, a kasztanową aleją porusza lekki powiew chłodnego wiatru.
- Drugi roz niy godejcie, sam był kiedyś szpital!
- Nie dam!
- Panie Kazimierzu, bo tu ludzie jacyś prziszli. Chopy w ancugach, baby w balklajdach, odstawiyni jak na pastyrka, a godajóm, że dziady i  że tyjater jakiś chcóm w kapliczce robić…

piątek, 30 października 2015

126. PIECE PIEKIELNE

                Babcia!!
               
                Pakuj się i przyjeżdżaj – robimy halloween! Ubranie weź czarne, jakąś wdowią woalkę (niech dziadek nie bierze tego do siebie), czarną kredkę i siną szminkę. Sadzy u nas pod dostatkiem, to się wysmarujemy i pójdziemy w pROWincję! Wiem, że święto trochę głupie i nie nasze, tylko przyszywane jak głowa Frankensteina, a nam bliżej do dziadów. Ale to nic, przeniesiemy je na grunt lokalny i dostosujemy do wymagań środowiskowych. Dziadowskich.
                Bo środowisko nam sprzyja! Gdyby zgodnie z halloweenową tradycją zrobić psikusa i zmienić dwie literki, a jedną wyrzucić, to powstanie nam „hell oven” – piekielny piec. A koniec października to u nas prawdziwe święto kopcącego pieca i zbiorowego wędzenia się żywcem.

poniedziałek, 26 października 2015

125. PRZEBUDZENIE

                Kochana Babciu!

                Wczoraj były wybory i podobno obudziłam się dzisiaj w zupełnie innym kraju, niż położyłam się spać. Chociaż nigdzie się nie ruszałam, a kraj ciągle nazywa się tak samo i nadal ograniczają go Odra i Bug.
                W tym nowym kraju wszyscy szanują się nawzajem i nikt tu nikim nie pogardza niezależnie od zawodu, bogactwa, zainteresowań czy wyznania. Wszyscy się wspierają i nikt tu nikogo nie oszukuje. Nikt nie sprzedaje wyremontowanych aut po wypadkach jako bezwypadkowych, a liczniki wskazują prawdziwe przebiegi. Nie ma tu też mowy, żeby ktokolwiek wsiadł po alkoholu za kierownicę. I wszyscy przepuszczają dzieci na pasach, a w autobusach ustępują miejsca kobietom w ciąży.

                Mieszkańcy tego kraju uśmiechają się do siebie na ulicach i pozdrawiają serdecznie, bo w innych doszukują się najpierw dobrych stron, a nie zagrożeń. Prześcigają się w pomaganiu tym, którzy potrzebują pomocy i nikt nie pyta „co ja będę z tego miał?”. Lekarzem zostaje się tutaj nie tylko po to, żeby zarabiać godziwe pieniądze, ale przede wszystkim po to, żeby ratować zdrowie i życie. A szkoły rozwijają umiejętność samodzielnego myślenia, zamiast wbijać do głowy utarte schematy.

czwartek, 15 października 2015

124. PANI KEBAB


              Szanowna Pani Kebab,

                Nigdy nie byłem w Leeds, nie znam Beeston, ale to bez znaczenia. Nie mam pojęcia, kim Pani jesteś. Nie wiem, kto tak naprawdę ukrywa się pod spożywczym pseudonimem, który w Polsce oznaczałby zupełnie coś innego, niż zdaje się znaczyć w Anglii. A może wręcz przeciwnie, może jego sens jest dużo bardziej uniwersalny, niż uśmiech wywołany środkowoeuropejskim akcentem w anglosaskiej wieży Babel?... Ta wiedza nie jest mi jednak potrzebna, kiedy po lekturze kolejnego Twojego wpisu przez kilka minut próbuję dojść do siebie. Bo Twój blog jest jak jazda styropianem po szybie butiku w galerii handlowej. Nie tylko na tle tzw. „blogosfery” zdominowanej przez twórczość skupioną na promowaniu własnej osoby oraz producentów odzieży i kosmetyków.
               
                Żadnych grafik – tylko słowa układające się w świat całkowicie inny od obrazkowej cywilizacji manekinów. Przykrywany dywanem poprawności politycznej brud spod pazurów złotego lwa. Drobny druk na bilecie do ziemi obiecanej ludów zamieszkałych po „gorszej” stronie Łaby. Ciemne zakamarki raju utraconego, ziemia wyrzucona poza kręgi i sfery Boskiej komedii. Kraina obezwładniających mgieł. Ziemia jałowa dla „lepszych czasów”. Matrix wersja demo. Ogród rozkoszy ziemskich „live”. Nieśmiertelna rzeczywistość Hugo, Dickensa i Zoli razem wziętych wrzucona w czasay po Wojnie polsko – ruskiej. Świat ciężarnych nastolatek, martwych noworodków, toksycznych opiekunów i wychowawców. Ale i groteskowo nadętych belfrów, pułapek językowych angielskiego jako obcego i fizjologicznych sabotażystów majestatu szkolnictwa Zjednoczonego Królestwa. A pomiędzy nimi zszokowana, niekiedy ledwo powstrzymująca się od śmiechu, a czasem przerażona i próbująca ratować własne zdrowie psychiczne humorem czarniejszym od sadzy - Pani Kebab

czwartek, 1 października 2015

123. Z PIEKŁA RODEM

                Kochana Babciu!
               
                Nie wiem, czy słyszałaś, ale kolejni bohaterowie bajki dla dzieci zostali dopisani do listy podstępnych potworów, które tylko czyhają, żeby w odpowiednim momencie wyskoczyć z dziecięcej wyobraźni i zawirusować mózg niebezpiecznymi wątpliwościami albo ideologiami. I znowu nie rozpoznałam ich w porę ani ja, ani nawet rodzice!
                Latem w jednej z gazet, których redaktorom wydaje się, że są prawe, pojawiła się informacja, że oto ukazał się film, który sieje zniszczenie w dziecięcych głowach. Jego bohaterami są minionki, małe żółte stworki, które wyglądają jak powiększone cytrynowe tik-taki w ogrodniczkach. Nie grzeszą nadmierną inteligencją, a żarty z ich udziałem, jak mówi tata, są podobnego rodzaju co w filmach pana Mela Brooksa, tyle że śmieszniejsze.
                Film, który opisano w gazecie jest już trzecim z ich udziałem, ale tak sprytnie swoje niecne charaktery ukrywały, że dopiero teraz redaktorzy wykryli, jakie są straszne! Wyobraź sobie, Babciu, że te małe, podstępne (choć sympatyczne) stworki za cel swojego istnienia obrały służenie najbardziej nikczemnej istocie, jaką znajdą na świecie. Czym jednak bardziej oddane są swemu panu, tym szybciej go unicestwiają… Czym więcej chcą wyrządzić zła, tym więcej z tego wychodzi dobrego - tata mówi, że już dawno temu ktoś pisał o diable, który miał tak samo, ale tamto też było mniej śmieszne. Jak wiadomo, miejsce diabła jest w piekle, zło zawsze powinno zostać surowo ukarane, dobro zwyciężyć – tylko co zrobić z minionkami? Ani to mądre, ani dobre, ani piękne, ani nawet poprawne politycznie - ale czasem, niechcący, pożyteczne. I według dzieci – zabawne.

czwartek, 24 września 2015

122. KWESTIA SMAKU

               Kochana Babciu!
               
                Jak Ci dzisiaj smakował obiad? Dobrze był przyprawiony? Bo mój nie! Oczywiście ten w szkole. Na pewno słyszałaś, że na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego Ministerstwo Zdrowia wprowadziło ustawę, która szczegółowo określa, czym można mnie w szkole karmić, a czym nie. Wszystko z powodu otyłości u dzieci, która u nas rośnie podobno najszybciej w Europie. Ciekawe, czy takie badania, na początku kadencji i na jej końcu, przeprowadza się na posłach i ministrach? Chyba nie - sądząc po niektórych sylwetkach, to szczawiem ich w sejmowym bufecie raczej nie karmią… Nikt o ich zdrowie nie dba tak, jak oni o nasze?

                Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, było mi trochę przykro, kiedy wyciągałam z torby kanapki albo jabłka, a koleżanki i koledzy batoniki, wafelki i chipsy. Wiadomo, że żadna kanapka nie może się równać np. z takim „lajonem”. Ale że moi rodzice uważają, że słodycze, owszem, można jeść, ale w ograniczonych ilościach i oprócz, a nie zamiast podstawowych posiłków, to musiałam sobie radzić. Na szczęście inne dzieci, widząc, że mam jabłka, zdziwiły się, że je też można jeść i chciały spróbować. Teraz koleżanki jadają na przerwach moje jabłka, a ja nie potrzebuję nosić do szkoły słodyczy…
                Była też taka akcja, w ramach której mieliśmy nauczyć się rozróżniać i jeść warzywa: w malutkich woreczkach dostawaliśmy np. po kilka sztuk rzodkiewek albo plasterków marchewki. Dzięki tej akcji nauczyliśmy się, że już po kilku godzinach w tornistrze z warzywami w woreczku dzieje się coś takiego, że próbują woreczek otworzyć same. Ktoś podobno zaobserwował, że po tygodniu potrafią otworzyć nawet tornister…

czwartek, 17 września 2015

121. DO DOBRYCH LUDZI - POST SCRIPTUM

                W ostatniej fali wypowiedzi Polaków wyrażających obawy przed pojawieniem się w naszym kraju tysięcy przybyszów z krajów muzułmańskich, pojawia się argument „obcości kulturowej”. Epitet ten nie tylko doskonale zaspokaja potrzeby poprawności politycznej, ale też chętnie wykorzystywany jest przez środowiska radykalne, kiedy starają się używać mniej „niezależnego” języka. W ten sposób staje się on kolejnym hasłem pozwalającym monochromatyzować świat.
                Oczywiste jest, że kultury muzułmańska i chrześcijańska zdecydowanie różnią się od siebie. W końcu o ich tożsamości decyduje to, co niepowtarzalne i spotykane tylko w jednej z nich. Niewątpliwie jakaś płaszczyzna porozumienia jednak istnieje, bo historia Polski - wydawałoby się, że wbrew coraz powszechniejszej obiegowej opinii - w ogromnym stopniu opowiada nie tylko o konfrontacji, ale i przeplataniu się cywilizacji Wschodu i Zachodu. Jak więc ma się „obcość kulturowa” do relacji między ludźmi?



środa, 9 września 2015

120. DO DOBRYCH LUDZI

                Dobrzy ludzie!

                Wiem, że na temat uchodźców wypowiadają się teraz wszyscy, ale i ja chciałbym wyrzucić to z siebie, bo gryzie mnie i przeraża to, co widzę. A widzę takie rzeczy, że własnym oczom nie wierzę.

                Z reguły staram się zrozumieć ludzkie postępowanie, nawet najdziwniejsze. Może to błąd, ale wychodzę z założenia, że większość ludzi ma bardzo podobne potrzeby: zaspokojenia głodu, bezpieczeństwa, bliskości z innymi ludźmi itp. Wbrew pozorom, w świecie, w którym żyjemy, zaspokojenie tych potrzeb jest dużo bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać, a to z kolei jest przyczyną wszelkiego zła, jakie człowiek czyni, przy okazji obwiniając o nie cały świat poza sobą. Tak to się nakręca. Tak to - w skrócie - widzę.

                Wbrew wielu osobom, którym przyszło żyć ze mną w jednym kraju, nie wierzę, że Polacy są pod tym względem wyjątkowi – sorry. Co gorsza, swoje przekonania opieram na obserwacji tychże, tym bardziej nie powinienem się więc dziwić. A jednak.

                W naszym kraju wszystko musi być „naj”: najpiękniejszy, choć przecież najbardziej zrujnowany, najbardziej wyzyskany, choć mieszkają tu najbardziej pracowici ludzie - i najszlachetniejsi, choć najbardziej na świecie niedocenieni. Ta romantyczna wiara w naszą wyjątkowość jest przyczyną nieustannej i rozpaczliwej walki o to, żeby świat wreszcie zwrócił na nas uwagę i… nie wiem co. Najlepiej, żeby się w końcu nami zachwycił, ale może niech na początek chociaż przestanie mówić o „polskich obozach zagłady”?
                Niestety, skłonność do przesady przejawia się również tym, że największy jest i strach. Z tego strachu już nie chcemy być Chrystusem i nie wystarcza nam posiadająca głębokie tradycje w kulturze Zachodu rola umywającego ręce Piłata – gotowi jesteśmy dla naszej zielonej wyspy ratowania zostać Herodem narodów…

piątek, 4 września 2015

119. GRZMOTY I BŁYSKAWICE

                Kochana Babciu!
               
                Kolejne wakacje dobiegły końca. Jeszcze trwa przechwalanie się opalenizną, jeszcze nie zniknęły z widoku zdjęcia z wakacji na Facebooku, a z toreb nie został jeszcze do końca wytrzepany piasek z nadmorskich plaż, ale nic nie zmieni faktu, że to już wrzesień. Taki miesiąc, który zwykle przynosi zmiany w przyrodzie i naszym trybie życia.
                Podobno dawno temu ludzie w różnych zjawiskach pogodowych widzieli znaki zwiastujące nieszczęścia, które spadną na ludzi. Nie wiem, jak należy odczytywać jakie zjawisko, poza tym, że susza albo powódź mogą spowodować zniszczenie plonów, co samo w sobie jest nieszczęściem. Coś w tym jednak musi być, bo jeśli ktoś tego lata słuchał radia albo zaglądał do internetu, mógł dojść do wniosku, że pogoda coś niedobrego robi tu z ludźmi.

niedziela, 23 sierpnia 2015

118. POCZTÓWKA Z PLAŻY

                Kochana Babciu!
               
                Przesyłam gorące jak słońce i szybkie jak wiatr serdeczne pozdrowienia dla Ciebie i Dziadka z gdańskiej plaży, gdzie spędzam wakacje z rodzicami i bratem, którzy również dołączają się do pozdrowień!

                Może z tą szybkością to lekka przesada, bo kiedy już nasza poczta dostarczy do Ciebie tę kartkę, pewnie od dawna będę w domu, a po upałach zostanie tylko wspomnienie, ale tym bardziej chcę Ci opowiedzieć, co u nas. Wszyscy jesteśmy zdrowi i nawet siniak pod okiem, który nabiła mi łokciem jakaś Twoja rówieśnica, kiedy próbowałam wejść na stateczek nazywany tramwajem wodnym i pływający po Motławie, już prawie nie boli i znika pod opalenizną. Pogodę mamy przepiękną, bo upały, które według docierających do nas wieści wysuszyły już nawet barszcz Sosnowskiego, na wybrzeżu nie dają się tak we znaki. Zabawę próbowały popsuć nam sinice, czyli małe trujące żyjątka, które sprawiają, że woda wygląda jak zupa szczawiowa, ale w końcu jesteśmy w Trójmieście, a tu nie ma czasu na nudę.

środa, 15 lipca 2015

117. WOLNIEJ, CISZEJ, SPOKOJNIEJ


Kochana Babciu!

Wakacje trwają w najlepsze i oddycham pełną piersią. Po pierwsze dlatego, że nie trzeba się uczyć, tylko się wypoczywa, a po drugie dlatego, że świat pachnie tak pięknie, jak tylko w wakacje pachnieć potrafi – nawet w naszym królestwie Smoga, który też ma jakby urlop.
Już kwietniu i maju zapach wilgotnej ziemi wypiera zapach kwitnących bzów, owocowych drzew i koszonej trawy. W chłodne dni jeszcze zdarza się zobaczyć nad niektórymi kominami kolorowy dym – tata mówi, że we wszystkich kolorach tablicy jakiegoś Mołotowa i jeszcze kilku innych – ale to już nie to samo, co między listopadem, a marcem. A potem robi się cieplej, zakwita jaśmin, w ogrodach pojawiają się cierpkie jeszcze i wykrzywiające buzię agresty, przy często uczęszczanych chodnikach i drogach, jak grzyby po deszczu wyrastają stoiska z truskawkami. Wtedy śmietan, maślanek i kefirów brakuje nawet w dyskontach, a elektrownia nie nadąża z produkowaniem prądu, bo całe miasto aż huczy od mikserów i blenderów, które gniotą owoce na koktajle i mieszają ciasta pod smakołyki, które nie powinny zostawiać takich śladów na sylwetkach jak zimowe wypieki, tylko chyba o tym nie wiedzą…

czwartek, 9 lipca 2015

116. PLEŚŃ NATCHNIONA

Kochana Babciu!

                Czy Ty znasz Pana Tadeusza  na pamięć? Bo tata mówi, że dawno temu, kiedy jeszcze nie było nie tylko smartfonów i tabletów, ale nawet komputerów i telewizji, ludzie czytali książki. Musiało im się bardzo nudzić bez współczesnej elektroniki, bo nie dość, że czytywali wtedy poezje, to jeszcze uczyli się całych książek na pamięć, chociaż wcale nie musieli ich recytować na ocenę!
                Dzisiaj mamy ciekawsze rzeczy do roboty, ale to nie znaczy, że poezja jest nieobecna w naszym życiu. I nie mam tutaj na myśli tylko lekcji języka polskiego. Pewnie się zdziwisz, ale dzisiaj poezję można znaleźć również tam, gdzie jest prawie wszystko – w dyskoncie.

                Niedawno w jednym z naszych osiedlowych marketów trwała promocja na sery. Ale nie na byle jakie, tylko na luksusowe sery francuskie. Tata mówi, że czym coś jest rzadziej spotykane albo stare, tym jest cenniejsze i bardziej luksusowe. Kiedy zapytałam, czy swoją teściową też uważa za artykuł luksusowy, zrobił tylko dziwną minę i powiedział, że miał na myśli raczej takie rzeczy jak np. sery pleśniowe i poezję, za pomocą której opisano je w gazetce promocyjnej. Bo żeby coś luksusowego nabrało w oczach klientów wartości jeszcze bardziej luksusowej, trzeba to przedstawić w sposób luksusowy, czyli poetycki.

niedziela, 28 czerwca 2015

115. DZIKIE JABŁONIE

Kochana Babciu!
               

                No to mamy wakacje! Świadectwa rozdane, kwiatki wręczone, wierszyki wyrecytowane, piosenki odśpiewane – żegnaj szkoło! Na dwa miesiące. Wiesz, Babciu, że po angielsku wakacje to tyle, co „dni świąteczne”? Pewnie że świąteczne: dziesięć tygodni bez lekcji i sprawdzianów to musi być świąteczne! Kiedyś myślałam, że po polsku wakacje mają coś wspólnego z akacjami, tylko nie bardzo wiedziałam co, bo te kwitną wcześniej. Ale pani wytłumaczyła nam, że to od łacińskiego słowa „vacatio”, które oznacza „odpoczywanie” albo „uwolnienie”. No i tak to mi pasuje.
                Jak wiesz, zakończenie roku szkolnego to taki czas, kiedy wiele się w szkołach dzieje – nie tylko w związku z wystawianiem ocen i świadectw. W tym czasie każda szkoła chce pokazać rodzicom, jak jest fajna i zaprasza rodziców na występy ich pociech, żeby mogli pozachwycać się podwójnie: talentami swoich pociech i szkołą, która je tak wspaniale rozwija. Stąd przeróżne festyny, akademie i przedstawienia.
                Przybywają na nie tłumnie dumni rodzice, czasem dziadkowie, a nierzadko rodzina z drugiego końca Polski, podziwiać przyszłe Angeliny i początkujących Bradów. I zasiada naród przybyły na spotkanie ze sztuką na widowni i dalej wypatrywać swoich ulubieńców. A my, ukryci za falującymi kotarami z przyczepionym szpilkami literkami układającymi się w napisy „Żegnaj szkoło!” albo „Niech żyją wakacje!” przestępujemy nerwowo z nogi na nogę, powtarzamy role i na różne sposoby próbujemy dostrzec rodzinę wśród publiczności. A kiedy wreszcie udaje się zapanować nad trzeszczącymi mikrofonami, ściszonymi kolumnami i zbyt wysokimi statywami, śpiewa się hymn. W czasie hymnu stoi się na baczność. Dzieci obowiązkowo, rodzice o  ile pozycja ta pozwala swobodnie rozmawiać z sąsiadem. Potem dyrekcja wygłasza przemówienie i uroczyście ogłasza rozpoczęcie części artystycznej.

środa, 17 czerwca 2015

114. KAMIENIE MŁYŃSKIE

Kochana Babciu!
               
                Od razu na początku mojego listu dziękuję Ci za życzenia z okazji Dnia Dziecka. Za prezent też, nawet bardziej, bo to mój ulubiony król. Z tych nieogolonych. Ogolonych lubię jeszcze bardziej, ale K. Wielki też jest fajny. Jak zbiorę takich trzech, będę mogła sobie kupić lalkę z najnowszej bajki dla dziewczynek zrobionej przez wielką firmę produkującą zabawki. Gdybyś miała jeszcze takich niepotrzebnych króli, z którymi nie wiedziałabyś co zrobić, to chętnie przyjmę. Może wtedy zdążę z zakupem zanim pojawi się nowa bajka z nowymi lalkami…
                Bardzo lubię Dzień Dziecka, nie tylko dlatego, że dostaję prezenty – tego dnia, choć przez chwilę, dorosłym zdarza się przypominać sobie, że też kiedyś byli dziećmi. Organizuje się wtedy różne zabawy, zawody, festyny, festiwale i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy. Raz lepsze, raz gorsze, raz w bardziej, raz w mniej trafnym czasie, ale nie wypada takiego dnia pominąć milczeniem. Różni ważni dorośli (dyrektorzy, prezesi, prezydenci) przemawiają z tej okazji: czasem do rzeczy, niekiedy od rzeczy, najrzadziej do dzieci. Można wtedy usłyszeć jakie to dzieci są ważne, że do nich należy przyszłość itp. Można również wysłuchać mniej lub bardziej śmiesznych historyjek z dzieciństwa przemawiających – prawie zawsze wydaje mi się, że słyszę w nich nutkę goryczy. Tata mówi, że może ona wynikać z jednej strony z żalu za utraconym dzieciństwem, a z drugiej z zazdrości, że dzisiaj dzieci mają fajniejsze zabawki niż kiedyś. I chyba coś w tym jest, bo często słyszę, że za „starych dobrych czasów” to nie było takich zabawek jak teraz, a dzieci od rana do wieczora bawiły się tym, co miały i wyrosły na ( w domyśle: wspaniałych) ludzi.

                Babciu, czy ja z moimi rówieśnikami w jakiś sposób sprawiliśmy, że czasy naszego dzieciństwa nie są już tak udane, jak np. Twojego albo moich rodziców? Bo jeśli to nie nasza wina, to czyja? Czy kiedyś rodzice poświęcali dzieciom więcej uwagi, czy właśnie wręcz przeciwnie?… Jeśli coś się w ostatnich latach zepsuło, to co i czy da się to jeszcze naprawić? Kto powinien to zrobić? Czy może my będziemy kiedyś o naszym dzieciństwie opowiadać z takim samym sentymentem?

czwartek, 11 czerwca 2015

113. Z DZIEJÓW WÓD STOJĄCYCH



No, ale cóż, kiedy ryby 

Budowały tylko na niby, 

Żaby 
Na aby-aby, 
A rak 
Byle jak.


Jan Brzechwa




Kochana Babciu!
               
Niedawno pani w szkole czytała nam bajkę. Pomyślałam, że Ci ją opowiem, bo powinna Cię zainteresować.

Nie tak dawno temu i całkiem niedaleko stąd była sobie wioska. Jako że kiedyś cała okolica obfitowała w stawy z rybami, ludzie nazwali wioskę Stawik i zaczęli używać herbu z rybą. Z czasem ludziom znudziła się rybna dieta, zasypali więc większość stawów i zajęli się różnymi innymi rzeczami: uprawą roli, wydobywaniem skał w kamieniołomach, lepieniem garnków i warzeniem piwa. Tak dobre to piwo warzyli, że wiele osób po drodze do niedalekiego książęcego miasta zajeżdżało do stawickiej karczmy i delektowało się stawickim specjałem. Księciu też musiało to piwo smakować, bo postawił we wiosce niewielki zamek, żeby po wizycie w karczmie nie musiał konno do grodu wracać. Co niedziela schodziła się okoliczna ludność na nabożeństwo w kościółku na wzgórzu, a raz w roku odbywał się wielki odpust, na który wszyscy czekali przez cały rok, bo zjeżdżali wtedy do nich wędrowni handlarze z kolorowymi wiatraczkami, ptaszkami i przeróżnymi świecidełkami. Rozstawiali swoje kramy wokół kościelnego muru, a stawiczanom wydawało się wtedy, że oto wielki świat zawitał do ich wioski. Kiedyś okazało się, że skały ze stawickiego kamieniołomu są tak potrzebne w innych częściach kraju, że sprowadzono ludzi do pracy i wybudowano dla nich nieduże osiedle za wioską, ale niewiele zmieniło to w życiu stawiczan. Poza tym, że przez jakiś czas było więcej awantur w karczmie podczas sobotnich potańcówek. Potem mieszkańcy Kolonii, jak nazwano osiedle, pożenili się z miejscowymi i liczba awantur wróciła do statystycznej normy.

I tak żyli sobie przez całe stulecia: książęta przeszli do historii, minęły czasy królów, a w Stawiku niewiele się zmieniało. Ludzie żyli sobie od odpustu do odpustu, urozmaicając sobie czas tradycyjnymi kłótniami o miedze i plotkami na temat strojów pań i panien na niedzielnych mszach. Nie zmieniła tego ani zamiana folwarków na Państwowe Gospodarstwa Rolne, ani upadek tychże, ani dopłaty do ziemi z Unii Europejskiej. Stary zamek po księciu przejmowali coraz mniej ważni możni, aż w końcu stawiczanie przerobili go na urząd, w którym zasiadł Wójt.

Pewnego dnia w sekretariacie Wójta pojawił się bardzo elegancki niezapowiedziany gość.

piątek, 17 kwietnia 2015

112. STO DZIESIĘĆ NIECHCIANYCH KONI

               Kochana Babciu!

                Mam dla Ciebie kilka zagadek. Wiesz, kto to jest urzędnik? Oczywiście, to ktoś taki, kto pełni funkcję, która w jakiś sposób powinna służyć dla dobra ogółu. Ale tata mówi, że taka jest teoria, czyli tak jest napisane. Jeszcze jest praktyka, czyli tak, jak jest naprawdę. Jedno z drugim rzadko się pokrywa. Jeśli chodzi o urzędników to słowo „służyć” rzadko występuje w ich języku. Podobnie jak „muszę”. Urzędnik „może” lub co najwyżej „powinien” – przede wszystkim znać przepisy, które dotyczą pracy, jaką wykonuje. Znajomość przepisów u większości urzędników wywołuje dobre samopoczucie, leczy niektóre choroby wieku dziecięcego, a czasem zastępuje proces myślowy. Tata mówi, że owszem, zdarzają się myślący urzędnicy i są to zazwyczaj tacy, którzy niewiele mogą, bo urzędnicy rzadko awansują dzięki myśleniu, a częściej dzięki znajomości. Znajomości przepisów, oczywiście…
                A wiesz, Babciu, kto to jest menadżer? To ktoś, kto musi się wykazać jakimiś wynikami. Przed innym menadżerem, który również ma nad sobą zazwyczaj jakiegoś menadżera albo właścicieli, przed którymi tym bardziej należy się wykazać. Tata mówi, że do wykazywania się służą oszczędności, a mierzy się je wskaźnikami. Czym więcej menadżer potrafi na kimś zaoszczędzić, tym lepsze ma wskaźniki, a czym lepsze wskaźniki, tym lepsza pensja - proste.
                Czasami zdarza się, że urzędnik jest jednocześnie menadżerem. Teoretycznie to powinno być dobre, żeby ktoś, kto ma pracować dla dobra ogółu, starał się wykazać oszczędnościami przed tym ogółem. Niestety, w praktyce często urzędnik–menadżer rezygnuje z myślenia, bo wydaje mu się, że przepisy wiedzą najlepiej, co jest dla ludzi dobre. Dzięki temu łatwiej wykazać się wskaźnikami przed przełożonymi i zachować dobre samopoczucie. I funkcję.
                Zastanawiasz się, skąd to moje filozofowanie? W naszym mieście też mieliśmy kiedyś takiego urzędnika – menadżera i efekty jego dobrego samopoczucia psują nam humor do dziś.

piątek, 10 kwietnia 2015

111. PLAC Z NIEBA

Kochana Babciu!
               

                Wyobraź sobie, że nieoczekiwanie pojawiła się szansa na to, że na naszym osiedlu albo przynajmniej blisko niego zostanie odnowiony plac zabaw! Jak już Ci niejeden raz pisałam, nasze place wyglądają jak w takim mieście za naszą wschodnią granicą, z którego wszyscy się wyprowadzili, kiedy zepsuła się jakaś elektrownia, gdy jeszcze moi rodzice byli mali. Często można je oglądać w internecie – opuszczone i zarośnięte trawą do pasa, zupełnie jak u nas. Tata mówi, że nasza spółdzielnia nie ma pieniędzy na nowe i bezpieczne urządzenia, bo przez długi czas utrzymywała jednocześnie trzy Zarządy, które są jak czasy w języku angielskim: zaprzeszły, przeszły i przeszły ciągły niedokonany… Nie przejmuj się, jeśli nic z tego nie rozumiesz, bo ja też wiem tylko tyle, że za pieniądze przeznaczone na te Zarządy, to moglibyśmy mieć kilka takich placów, że i z sąsiednich województw całe wycieczki przyjeżdżałyby je zobaczyć. Tymczasem na wycieczki, zobaczyć dalekie ciepłe morza, mogą jeździć dzieci i wnuki członków tych Zarządów – dla tych, co nie jeżdżą, pozostały pobojowiska po dawnych placach.

wtorek, 7 kwietnia 2015

110. PIKTOPROTETYKA

Kochana Babciu!
               
                Zauważyłaś, jakie nasze miasto jest ostatnio sławne? Wszyscy o nas mówią! Niestety, nie jest to powód do radości. Pamiętasz, jak pisałam Ci kiedyś o arogancji – chorobie zawodowej, która dotyka większość osób sprawujących jakąś władzę i zaatakowała również naszych urzędników? O skutkach tej choroby, czyli o planach wycięcia parku pod market, również Ci pisałam, jeszcze kiedy mieszkańcy próbowali go ratować. Niestety, wtedy nie interesowało to prawie nikogo. Kilku miejscowych dziennikarzy, dwieście osób podpisanych pod listem do ówczesnego Pana Prezydenta i kilku uradowanych internetowych miłośników betonu. Dla całej reszty Polski te kilka drzew nie miało większej wartości – dopóki stały. Jak wiesz, ostateczne decyzje zapadły i ważne podpisy zostały złożone jeszcze przed wyborami, które dały tamtym władzom szanse podjęcia leczenia ich choroby zawodowej. A jej postępy, jak się okazuje były znaczne, bo kiedy rok temu mówiono, że teren sprzedawany jest pod market, urzędnicy mówili, że to kłamstwo. Teraz okazuje się, że jednak najprawdziwsza prawda, a nowy Pan Prezydent boi się trzepać ratuszowe dywany, bo nie wiadomo, jakie augiaszowe stajnie mogą się pod nimi jeszcze kryć.

niedziela, 5 kwietnia 2015

WESOŁYCH ŚWIĄT!



108. OTO CZŁOWIEK (WŁOSA CZĘŚĆ CZWARTA)



 Szanowny Czytelniku,


                Dzielenie włosa na czworo zawsze było dla mnie ważne. To, co tutaj piszę też. To jest akt oskarżenia, przemówienie obrony i wyrok jednocześnie - we własnej sprawie. Wiadomość złożona w kapsule czasu. List w butelce puszczony na fale: nie wiem, czy rozbitkiem jest nadawca, czy adresat. Piszę to, bo uważam, że jest mi potrzebne. Możesz więc uznać, że nie jest potrzebne Tobie. Może zniechęcić Cię rozmiar i brak akcji. Nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie. Może to robienie z igły wideł nie obejdzie nikogo, a może ktoś znajdzie tu coś dla siebie.

                Poniższe przemyślenia mają osobisty charakter. Jako rodzaj podróży w głąb własnych i zapożyczonych myśli, mają być formą uporządkowania świadomości. Mapą punktów orientacyjnych na drodze do skarbu, który nigdy nie był ukryty. Nie odkryję tutaj niczego, czego nie odkrył już ktoś przede mną. Zwłaszcza, że będę się posługiwał mapami i wskazówkami pozostawionymi przez innych. Ale też nie o to tu chodzi, żeby odkryć coś dla świata, ale dla siebie.



Włosa część czwarta – Oto Człowiek.

                „Prawda nie jest tym, czego można dowieść. Jeśli w tej, a nie innej glebie drzewa pomarańczowe zgłębiają swoje korzenie i pokrywają się owocami, gleba ta jest prawdą drzew pomarańczowych. Jeśli ta religia, ta kultura, ta skala wartości, ta, a nie żadna inna forma działania sprzyjają pełni człowieczeństwa w człowieku, jeśli to one wyzwalają w nim władcę, który nie wiedział o swoim istnieniu, to znaczy, że ta skala wartości, ta kultura, ta forma działania są prawdą człowieka. Co na to logika? Niech sobie radzi, jak może, aby zdać sprawę z życia”[1]
(Antoine de Saint-Exupéry, Ziemia, planeta ludzi)


I
                Z dotychczasowego dzielenia włosa na czworo można by wyciągnąć przytłaczające wnioski na temat świata, w którym żyjemy i kondycji Człowieka. Cóż: nie jest to obraz różowy, ale nie jest też całkowicie pozbawiony światła - wszystko zależy od interpretacji. Osobiście śmiem twierdzić, że chociaż XXI w. nie stwarza idealnych warunków do rozwoju osobowości, to jednak umożliwia je w większym stopniu niż jakikolwiek wcześniejszy. Choć niewolnictwo przybiera coraz to inne formy i w dalszym ciągu funkcjonuje – również w naszej cywilizacji – to formy buntu i szukanie możliwości wyzwolenia wyznaczają etapy rozwoju ludzkości. Nie oznacza to jednak, że zawsze jesteśmy w stanie uniknąć kroków wstecz.

„Zapominamy, że choć każdej ze swobód niegdyś zdobytych trzeba bronić ze szczególną mocą, to problem wolności jest nie tylko problemem ilościowym, lecz także jakościowym; że nie tylko mamy zachować i rozszerzać wolność tradycyjną, lecz musimy zdobyć nowy rodzaj wolności, która umożliwi nam urzeczywistnienie naszego własnego indywidualnego ‘ja’, wiarę w to ‘ja’ i wiarę w życie”.[2]

                Już 2 tys. lat temu podobna refleksja pojawiła się na Ziemi. Oczywiście, jako błąd ówczesnego systemu przekonań o właściwym porządku świata. Bo niezależnie od tego, czy ktoś uznaje Boskość Jezusa z Nazaretu, czy nie, w naukach spisanych przez Jego uczniów zawarty jest głęboki humanizm i przekonanie o prawie każdego człowieka do wolności. Kilkanaście wieków zarządzania tą nauką przez system interpretacji zatwierdzonych przez autorytety, obwarowanych nakazami i zakazami, doprowadził do sytuacji, w której system stoi ponad prawdą i Człowiekiem. Strach przed zejściem niewinnych na drogę grzechu doprowadził do uproszczeń i wprowadzenia terroru. Prawo do wybaczania zostało sprowadzone do licencji na potępianie. Zgodnie z doświadczeniami P. Zimbardo, ludzie skłonni są czynić zło, kiedy są przekonani, że robią to dla czyjegoś dobra.
                Ale tak jak część ludzkości pragnie zatrzymać świat w miejscu, kiedy wydaje jej się, że stworzyła już trafną mapę rzeczywistości, tak druga jej część, zazwyczaj mniej liczna, dąży do zapełnienia białych plam na tejże mapie. Również „w łonie Kościoła” ścierały się różne tendencje rozumienia nauk Jezusa. Przez całe wieki obracano w nakaz umartwiania się i żałoby naukę Osoby, której pierwszy oficjalny, uznawany przez teologów cud miał polegać na zmianie wody w wino, żeby ludzie mogli dłużej cieszyć się na weselu. W XX w. na kartach Gaudium et spes (Radość i nadzieja), konstytucji duszpasterskiej powstałej w wyniku Soboru Watykańskiego II, pojawiają się założenia, które pozostają w sprzeczności z wieloma interpretacjami z wieków wcześniejszych:

Gaudium et spes podkreśla bardzo mocno, że to wyjaśnienie tajemnicy człowieka, które sięga do głębi tajemnicy Słowa Wcielonego, odnosi się nie tylko do chrześcijan, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, w których sercu w niewidzialny sposób działa łaska. Skoro bowiem Chrystus umarł za wszystkich i skoro ostateczne powołanie człowieka jest w istocie jedno, mianowicie Boskie, powinniśmy utrzymywać, że Duch Święty wszystkim daje możliwość uczestniczenia w tym misterium paschalnym w tylko Bogu znany sposób”[3].

piątek, 3 kwietnia 2015

107. KOMU POTRZEBNY JEST CZŁOWIEK? (WŁOSA CZĘŚĆ TRZECIA)

 
              Szanowny Czytelniku,


                Dzielenie włosa na czworo zawsze było dla mnie ważne. To, co tutaj piszę też. To jest akt oskarżenia, przemówienie obrony i wyrok jednocześnie - we własnej sprawie. Wiadomość złożona w kapsule czasu. List w butelce puszczony na fale: nie wiem, czy rozbitkiem jest nadawca, czy adresat. Piszę to, bo uważam, że jest mi potrzebne. Możesz więc uznać, że nie jest potrzebne Tobie. Może zniechęcić Cię rozmiar i brak akcji. Nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie. Może to robienie z igły wideł nie obejdzie nikogo, a może ktoś znajdzie tu coś dla siebie.

                Poniższe przemyślenia mają osobisty charakter. Jako rodzaj podróży w głąb własnych i zapożyczonych myśli, mają być formą uporządkowania świadomości. Mapą punktów orientacyjnych na drodze do skarbu, który nigdy nie był ukryty. Nie odkryję tutaj niczego, czego nie odkrył już ktoś przede mną. Zwłaszcza, że będę się posługiwał mapami i wskazówkami pozostawionymi przez innych. Ale też nie o to tu chodzi, żeby odkryć coś dla świata, ale dla siebie.


Włosa część trzecia – Komu potrzebny jest Człowiek?

Człowiek – persona non grata.”
(Stanisław Jerzy Lec)

„Tak wspaniale ułomny, tak bezczelnie ludzki"
(Jacek Dukaj, „Perfekcyjna niedoskonałość”)


I
                Komu mógłby być potrzebny Człowiek? Taki prawdziwy, autentyczny, wolny i świadomy? Z wszystkimi swoimi zaletami i ułomnościami, nieprzewidywalnością i skłonnością do błądzenia? Kto jest skłonny zaakceptować homo sapiens bez przyłożenia go do przygotowanego wcześniej wzorca cech zbliżających go do ideału określonego daną rolą?
                Władca, czyli ktoś, kto posiada władzę autorytarną, potrzebuje poddanych – wiernych, lojalnych i posłusznych. Urzędników, wojowników, rzemieślników i podatników. Przede wszystkim – podatników. Filozofowie analizujący zasadność jego władzy bywają niebezpieczni, przez co raczej są niepożądani. Wszyscy niechętni utrzymywaniu pana oraz chętni do zajęcia jego miejsca są zdecydowanie niepotrzebni.
                Politykowi, czyli komuś, czyja władza w jakimś stopniu zależy od innych, potrzebny jest wyborca, czyli przyszły poddany. Poddany polityka ma prawo mieć własne zdanie, ale najlepiej, żeby było one zgodne ze zdaniem polityka, wtedy poddany może regularnie występować w roli wyborcy. Dlatego polityk pragnie miłości poddanych. Do zdobywania serc wyborców służy wizerunek, który, jak wiadomo, nie musi mieć nic wspólnego z prawdą. Ważne, żeby wzbudzał emocje. I żeby wyborca mógł się z nim zgadzać. Wszyscy inni są niepotrzebni. Najlepiej, żeby w ogóle innych nie było. Dlatego sztaby pracują nad tym, żeby wizerunek polityka wzbudzał zachwyt, a wyobrażenie przeciwnika nienawiść.
                Lewica potrzebuje zwolenników wierzących w wampiryzm prawicy. Prawica nie istnieje bez sympatyków przekonanych o demonizmie lewicy. Rządzący pokazują ludowi świat przez różowe okulary. Nierządzący w przedstawianym obrazie pozostawiają tylko tyle światła, żeby można było dostrzec głębokość czerni. Prawda, autentyzm nie mają tu nic do rzeczy, więc samodzielnie myślący Człowiek nie jest tu nikomu potrzebny.
                Urzędnik istnieje dzięki petentowi, czyli człowiekowi jak najbardziej uzależnionemu od urzędu. Czym mniej wolno petentowi bez zgody i kontroli urzędu, tym bardziej ważny i potrzebny czuje się urzędnik. Każdy nietypowy, czyli wykraczający poza zakres danej urzędnikowi władzy przypadek, jest niebezpieczny, więc najlepiej dowieść petentowi jego szablonowości i znikomości. Kto kiedykolwiek miał do czynienia z prozą Franza Kafki, ten wie, że urząd jest jednym z najbardziej represyjnych przykładów systemu i tu Człowiek z zasady stawiany jest w stan oskarżenia.

czwartek, 2 kwietnia 2015

106. OBRAZ I PODOBIEŃSTWO (WŁOSA CZĘŚĆ DRUGA)



Szanowny Czytelniku,

                Dzielenie włosa na czworo zawsze było dla mnie ważne. To, co tutaj piszę też. To jest akt oskarżenia, przemówienie obrony i wyrok jednocześnie - we własnej sprawie. Wiadomość złożona w kapsule czasu. List w butelce puszczony na fale: nie wiem, czy rozbitkiem jest nadawca, czy adresat. Piszę to, bo uważam, że jest mi potrzebne. Możesz więc uznać, że nie jest potrzebne Tobie. Może zniechęcić Cię rozmiar i brak akcji. Nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie. Może to robienie z igły wideł nie obejdzie nikogo, a może ktoś znajdzie tu coś dla siebie.
                Poniższe przemyślenia mają osobisty charakter. Jako rodzaj podróży w głąb własnych i zapożyczonych myśli, mają być formą uporządkowania świadomości. Mapą punktów orientacyjnych na drodze do skarbu, który nigdy nie był ukryty. Nie odkryję tutaj niczego, czego nie odkrył już ktoś przede mną. Zwłaszcza, że będę się posługiwał mapami i wskazówkami pozostawionymi przez innych. Ale też nie o to tu chodzi, żeby odkryć coś dla świata, ale dla siebie.

Włosa część druga – Obraz i podobieństwo. 

"Malarze"

Dwaj portretów malarze słynęli przed laty: 
Piotr dobry, a ubogi, Jan zły, a bogaty. 
Piotr malował wybornie, a głód go uciskał, 
Jan mało i źle robił, więcej jednak zyskał. 
Dlaczegoż los tak różny mieli ci malarze ? 
Piotr malował podobnie, Jan piękniejsze twarze.

(Ignacy Krasicki)


I
                Gdyby przyjąć, że istniało kiedyś lustro, w którym można było zobaczyć całą prawdę o świecie, zapewne zajrzeć w nie mógłby tylko Bóg. Z jakiegoś jednak powodu, być może na wieść o spożyciu przez pierwszych ludzi owocu z drzewa poznania dobrego i złego, Bóg cisnął je w gniewie o Ziemię, rozbijając na miliard drobnych kawałków. A wypędzając ludzi z Raju, postanowił, że nie wpuści ich z powrotem, dopóki nie złożą lustra z powrotem w całość. Teraz chodzimy więc po świecie i zbieramy kolejne kawałki – każda filozofia jest jednym z nich, każda opowiada tylko część prawdy, nigdy nie pokazując w całości nawet tego, kto w nie zagląda. Większość filozofów i ich wyznawców, zapewne za sprawą zaangażowania w sprawę biblijnego Węża, uznaje jednak, że posiadło całość…
                Każda doktryna zawsze będzie zawierać odbicie indywidualnych doświadczeń, pragnień i obaw myśliciela, który ją opracował. Jako taka nigdy nie będzie w stanie przedstawić obiektywnego opisu świata, czyli takiego, który będzie prawdą. Upraszczając, prawdą nazywam tu zgodność z rzeczywistością istniejącą niezależnie od subiektywnego wrażenia jednostki. Np. kiedyś za prawdę uważano, że Słońce krąży dookoła Ziemi – do dziś takie jest subiektywne przekonanie dużej części mieszkańców planety. Nauka znalazła jednak dowody na to, że jest odwrotnie – na dzień dzisiejszy uznajemy więc za obiektywną prawdę, że to Ziemia krąży wokół Słońca.
                Liczba ofiar jaką pochłonęła próba przekonania dysponującej wtedy systemem „objawionej wiedzy” części społeczeństwa do „błędnej” z jej punktu widzenia prawdy, była ogromna. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych systemów, jako sposobów porządkowania jakiegoś wycinka rzeczywistości, nie jest ważna taka wartość jak prawda. Schemat zagrożony zniszczeniem przez zewnętrzny czynnik zaczyna zachowywać się jak żywy organizm, który broni się przed śmiercią i próbuje unicestwić zagrożenie. Czym mniejszy wycinek porządkowanej rzeczywistości, tym więcej potencjalnych zagrożeń. Czym bardziej ciasny i sztywny światopogląd, tym większe oddalenie od prawdy.
                Tylko na co komu prawda?

wtorek, 31 marca 2015

105. HOMO MP3. (WŁOSA CZĘŚĆ PIERWSZA)


Szanowny Czytelniku,

                Dzielenie włosa na czworo zawsze było dla mnie ważne. To, co tutaj piszę też. To jest akt oskarżenia, przemówienie obrony i wyrok jednocześnie - we własnej sprawie. Wiadomość złożona w kapsule czasu. List w butelce puszczony na fale: nie wiem, czy rozbitkiem jest nadawca, czy adresat. Piszę to, bo uważam, że jest mi potrzebne. Możesz więc uznać, że nie jest potrzebne Tobie. Może zniechęcić Cię rozmiar i brak akcji. Nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie. Może to robienie z igły wideł nie obejdzie nikogo, a może ktoś znajdzie tu coś dla siebie.
                Poniższe przemyślenia mają osobisty charakter. Jako rodzaj podróży w głąb własnych i zapożyczonych myśli, mają być formą uporządkowania świadomości. Mapą punktów orientacyjnych na drodze do skarbu, który nigdy nie był ukryty. Nie odkryję tutaj niczego, czego nie odkrył już ktoś przede mną. Zwłaszcza, że będę się posługiwał mapami i wskazówkami pozostawionymi przez innych. Ale też nie o to tu chodzi, żeby odkryć coś dla świata, ale dla siebie.


Włosa część pierwsza – Homo MP3.

„Automatyzacja jednostki we współczesnym społeczeństwie wzmogła bezradność i poczucie niepewności przeciętnego człowieka. W tym stanie rzeczy jest on skłonny podporządkować się nowym autorytetom, które obiecują mu bezpieczeństwo i wyzbycie się zwątpień.” (Erich Fromm)[1]


„To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27)


I
                Format MP3 idealnie odwzorowuje charakter ostatniego ćwierćwiecza, w którym osiągnął status bestselleru. Sposób zapisu muzyki w tym modelu polega, mówiąc w skrócie, na wycięciu z utworu wszystkich dźwięków, które dla ucha przeciętnego w sensie statystycznym człowieka i tak nie powinny być słyszalne z powodu częstotliwości albo zagłuszenia przez dźwięki głośniejsze. Taka kompresja dźwięków umożliwia magazynowanie utworów na mniejszej powierzchni nośników, czyli, co za tym idzie, daje oszczędności. Chwalebny wzorzec racjonalnego obniżania kosztów: gdyby przy okazji nie był szeroko otwartą furtką do piractwa, byłby ucieleśnieniem ekonomicznego ideału. Wspaniałe to czasy, kiedy można zabrać ze sobą muzykę w telefonie wielkości kostki mydła do kieszeni na spacer. Naprawdę.
                Ale są osoby o wrażliwości słuchu większej niż statystyczna. Dla nich kompresja wersji audio do MP3 można porównać do przeczytania streszczenia zamiast pełnego tekstu „Mistrza i Małgorzaty” – w zasadzie wiadomo, o co chodzi, można nawet dorzucić swoje trzy grosze do dyskusji, ale nawet się nie wie, ile się traci.
                Nie ma, oczywiście, nic złego w tym, że ktoś ułatwił ludziom kontakt z ulubioną muzyką, chociaż w zubożonej wersji. Problem polega na tym, że kompresja zaczyna nam wystarczać, chociaż nie oddaje oryginału. Pobieżne i niepełne dane odtworzone w sytuacjach braku skupienia wystarczają nam do wyrobienia sobie zdania o jakości utworu, z którym MP3 miewa niewiele wspólnego. Niekompletne dane to nie prawda, to uproszczenie, uogólnienie, a tym często bliżej do fałszu niż do prawdy.
                Oczywiście, uproszczenia nie są wynalazkiem naszych czasów, ale właśnie MP3, cyfrowy, zero-jedynkowy zapis danych wydaje mi się najlepszą  metaforą dla postrzegania świata przez ludzi początku XXI w.