Dobrzy
ludzie!
Wiem,
że na temat uchodźców wypowiadają się teraz wszyscy, ale i ja chciałbym
wyrzucić to z siebie, bo gryzie mnie i przeraża to, co widzę. A widzę takie
rzeczy, że własnym oczom nie wierzę.
Z
reguły staram się zrozumieć ludzkie postępowanie, nawet najdziwniejsze. Może to
błąd, ale wychodzę z założenia, że większość ludzi ma bardzo podobne potrzeby:
zaspokojenia głodu, bezpieczeństwa, bliskości z innymi ludźmi itp. Wbrew
pozorom, w świecie, w którym żyjemy, zaspokojenie tych potrzeb jest dużo
bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać, a to z kolei jest przyczyną
wszelkiego zła, jakie człowiek czyni, przy okazji obwiniając o nie cały świat
poza sobą. Tak to się nakręca. Tak to - w skrócie - widzę.
Wbrew
wielu osobom, którym przyszło żyć ze mną w jednym kraju, nie wierzę, że Polacy
są pod tym względem wyjątkowi – sorry. Co gorsza, swoje przekonania opieram na
obserwacji tychże, tym bardziej nie powinienem się więc dziwić. A jednak.
W
naszym kraju wszystko musi być „naj”: najpiękniejszy, choć przecież najbardziej
zrujnowany, najbardziej wyzyskany, choć mieszkają tu najbardziej pracowici
ludzie - i najszlachetniejsi, choć najbardziej na świecie niedocenieni. Ta
romantyczna wiara w naszą wyjątkowość jest przyczyną nieustannej i rozpaczliwej
walki o to, żeby świat wreszcie zwrócił na nas uwagę i… nie wiem co. Najlepiej,
żeby się w końcu nami zachwycił, ale może niech na początek chociaż przestanie
mówić o „polskich obozach zagłady”?
Niestety,
skłonność do przesady przejawia się również tym, że największy jest i strach. Z
tego strachu już nie chcemy być Chrystusem i nie wystarcza nam posiadająca
głębokie tradycje w kulturze Zachodu rola umywającego ręce Piłata – gotowi
jesteśmy dla naszej zielonej wyspy ratowania zostać Herodem narodów…