Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urzędnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urzędnik. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 stycznia 2017

172. NIEPRAWDA

                Kochana Babciu!

                Jak rozpoczął się Twój nowy rok, sympatycznie? Bo o nas było dość głośno, na pewno słyszałaś. I nie chodzi mi o noworoczne fajerwerki. Oczywiście, znowu poszło o smog. Mam nadzieję, że jeszcze Cię tym tematem nie znudziłam? U Ciebie smog pojawia się od czasu do czasu, jak jakaś fanaberia - u nas pozostaje aktualny przez cały czas od września do kwietnia.
                Ledwo skończył się czas świątecznego leniuchowania i wróciliśmy do szkoły, jak prezydent miasta ogłosił alarm z powodu tragicznej jakości powietrza i znów mieliśmy dwa dni wolnego! Mróz był wtedy jak się patrzy, wiatru jak na lekarstwo, a powietrze zaczęło zgrzytać między zębami głośniej niż śnieg pod nogami. Na urządzeniach pomiarowych w stacji przy mojej szkole zabrakło skali od kolejnych rekordów przekroczonych norm. Gdyby to było w bajce z królikiem Bugsem, wyświetlałyby komunikat „Niewiarygodne!”. Ale to nie była bajka, to działo się naprawdę. Przynajmniej tak nam się wszystkim tutaj wydawało…

niedziela, 21 sierpnia 2016

158. PERŁA URZĘDNIKA

                Kochana Babciu!

                Dziś  wielkie święto w naszej dzielnicy: ulice pełne sąsiadów oczekujących w uroczystym napięciu, kobiety z bukietami kwiatów, dzieci z własnoręcznie wykonanymi laurkami, mężczyźni z butelkami szampana. Wszyscy zwróceni w jednym kierunku i nasłuchujący dźwięku silnika. O! coś słychać… Wszyscy milkną… Nie, to jeszcze nie oni, to tylko dowóz mułu do palenia w piecu do jednego z domów na sąsiedniej ulicy. Ale po chwili zza zakrętu wyłania się niewielki samochód, jak ten, którym pan Tadek codziennie dowozi pieczywo do sklepu! Nie tego się spodziewano, ale to nic – najważniejsze, że wreszcie są! Po krótkiej chwili zaskoczenia wybucha euforia: strzelają korki szampana, fruną w stronę samochodu kwiaty, dzieci biegną z laurkami…
                Podobno kiedy moi rodzice byli dziećmi, to w telewizji można było często zobaczyć filmy, na których mieszkańcy wyzwalanych w czasie wojny miast witali wyzwalających z kwiatami i przyklejonymi do twarzy uśmiechami od ucha do ucha. Potem się okazało, że te uśmiechy były równie szczere, co wyzwolenie, ale sposób witania pozostał.
                Stąd ta radość na widok samochodu firmy wywożącej odpady, która zgodnie z miejskim harmonogramem raz w miesiącu odbiera śmieci sortowane.

środa, 16 marca 2016

147. MINISTRY NA PROWINCJI

Ministry[1] na prowincji.



Kochana Babciu!
               
                Niedawno znalazłam w biblioteczce taty starą, pożółkłą książkę, z której kartki wypadały ze starości. Była w niej zakładka z wycinkami z gazety, które można znaleźć też tutaj i tutaj.


Przeczytałam zaznaczone fragmenty z tej książki, ale nic z tego nie rozumiem! Przepisuję Ci je tutaj, może Ty mi wytłumaczysz, o co w nich chodzi, bo tata jakoś nie ma czasu ani ochoty?



I

„Sekretarz prowincjonalny stał przed obliczem komisarza, przyjmując wygląd lichy i durnowaty, tak by swym pojmowaniem istoty sprawy nie peszył przełożonego, jak sam car przykazał. Wzrok spuścił pokornie, a w ręku międlił chińską czapkę.
- Wszystko zapięte na ostatni guzik, Matfieju Michaiłowiczu? Zaproszenia rozesłane? Do wszystkich mundurowych i cywilnych z całego naszego powiatu? – komisarz siedział wygodnie w fotelu za biurkiem i, nie patrząc na rozmówcę, bagnetem zeskrobywał z wysokich oficerskich butów zaschnięte błoto i końskie łajno, które zebrało się, kiedy szedł z ratusza do cyrkułu.
- Wedle waszego rozkazu, Marcinie Teofilowiczu – pokornie odpowiedział podwładny.
- No patrz! W gówno jakieś wdepnąłem! A tu cała służba zajęta przy organizacji uroczystości. Orkiestra będzie?
- Będzie, Marcinie Teofilowiczu.
- A isprawnik[2], Demian Murawiejew, zaproszony?
- Zaproszony, Marcinie Teofilowiczu.
- To dobrze. Wszak hańbą by to było, gdybyśmy najważniejszej osoby w powiecie na uroczyste oddanie do użytku nowego cyrkułu[3] nie zaprosili! A horodniczego[4], Piotra Pawłowicza, naszego dobrodzieja też zaprosiłeś, Matfieju Michajłowiczu? – komisarz zaniepokojony podniósł wzrok znak butów.
- Prezydenta również zaprosiłem, Marcinie Teofilowiczu.
- Prezydent to on mógł być za panowania Imperatora ojca (świeć panie nad jego duszą), toż teraz on nazad zwykły nasz horodniczy! Tylko patrzeć jak miłościwie nam obecnie panujący Imperator odpowiedni dekret wyda i liberalne reformy cofnie! – rzucił komendant znów zajęty zeskrobywaniem błota.
- Jak uważacie, Marcinie Teofilowiczu – zgodził się pokornie sekretarz prowincjonalny.
- Widzisz, Matfieju Michaiłowiczu, nowy cyrkuł to wielka rzecz, wielka sprawa! – komisarz przerwał na chwilę czyszczenie – Więcej miejsc dla aresztowanych, ale i odpowiedzialność większa! Trzeba będzie teraz pilnować, żeby cele pustkami nie świeciły, bo powiedzą nam, że się z obowiązków niewystarczająco wywiązujemy. Już nie wybronimy się argumentem, że cyrkuł za mały i nie ma więźniów gdzie trzymać. A dowódca miejscowego garnizonu, pułkownik Srogin będzie?
- Potwierdził obecność, Marcinie Teofilowiczu.
- To dobrze, dobrze. Lud musi widzieć, że za policją władza całą swoją mocą stoi! Dlatego uroczystość być musi, zwierzchność cała, mundurowa, cywilna, orkiestra, wstęga… A nożyce, Matfieju Michaiłowiczu, przygotowane? – znów zaniepokoił się komisarz.
- Przygotowane, Marcinie Teofilowiczu.
- Nie tępe aby, sprawdziłeś?
- Świeżo od kowala odebrane, Marcinie Teofilowiczu.
- Ale żeby też nie za ostre były! Żeby się nasz dobrodziej Piotr Pawłowicz nie skaleczył!
- Noże mają długie, od rączki daleko, nie zrobi sobie krzywdy, Marcinie Teofilowiczu.”

czwartek, 24 września 2015

122. KWESTIA SMAKU

               Kochana Babciu!
               
                Jak Ci dzisiaj smakował obiad? Dobrze był przyprawiony? Bo mój nie! Oczywiście ten w szkole. Na pewno słyszałaś, że na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego Ministerstwo Zdrowia wprowadziło ustawę, która szczegółowo określa, czym można mnie w szkole karmić, a czym nie. Wszystko z powodu otyłości u dzieci, która u nas rośnie podobno najszybciej w Europie. Ciekawe, czy takie badania, na początku kadencji i na jej końcu, przeprowadza się na posłach i ministrach? Chyba nie - sądząc po niektórych sylwetkach, to szczawiem ich w sejmowym bufecie raczej nie karmią… Nikt o ich zdrowie nie dba tak, jak oni o nasze?

                Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, było mi trochę przykro, kiedy wyciągałam z torby kanapki albo jabłka, a koleżanki i koledzy batoniki, wafelki i chipsy. Wiadomo, że żadna kanapka nie może się równać np. z takim „lajonem”. Ale że moi rodzice uważają, że słodycze, owszem, można jeść, ale w ograniczonych ilościach i oprócz, a nie zamiast podstawowych posiłków, to musiałam sobie radzić. Na szczęście inne dzieci, widząc, że mam jabłka, zdziwiły się, że je też można jeść i chciały spróbować. Teraz koleżanki jadają na przerwach moje jabłka, a ja nie potrzebuję nosić do szkoły słodyczy…
                Była też taka akcja, w ramach której mieliśmy nauczyć się rozróżniać i jeść warzywa: w malutkich woreczkach dostawaliśmy np. po kilka sztuk rzodkiewek albo plasterków marchewki. Dzięki tej akcji nauczyliśmy się, że już po kilku godzinach w tornistrze z warzywami w woreczku dzieje się coś takiego, że próbują woreczek otworzyć same. Ktoś podobno zaobserwował, że po tygodniu potrafią otworzyć nawet tornister…

piątek, 17 kwietnia 2015

112. STO DZIESIĘĆ NIECHCIANYCH KONI

               Kochana Babciu!

                Mam dla Ciebie kilka zagadek. Wiesz, kto to jest urzędnik? Oczywiście, to ktoś taki, kto pełni funkcję, która w jakiś sposób powinna służyć dla dobra ogółu. Ale tata mówi, że taka jest teoria, czyli tak jest napisane. Jeszcze jest praktyka, czyli tak, jak jest naprawdę. Jedno z drugim rzadko się pokrywa. Jeśli chodzi o urzędników to słowo „służyć” rzadko występuje w ich języku. Podobnie jak „muszę”. Urzędnik „może” lub co najwyżej „powinien” – przede wszystkim znać przepisy, które dotyczą pracy, jaką wykonuje. Znajomość przepisów u większości urzędników wywołuje dobre samopoczucie, leczy niektóre choroby wieku dziecięcego, a czasem zastępuje proces myślowy. Tata mówi, że owszem, zdarzają się myślący urzędnicy i są to zazwyczaj tacy, którzy niewiele mogą, bo urzędnicy rzadko awansują dzięki myśleniu, a częściej dzięki znajomości. Znajomości przepisów, oczywiście…
                A wiesz, Babciu, kto to jest menadżer? To ktoś, kto musi się wykazać jakimiś wynikami. Przed innym menadżerem, który również ma nad sobą zazwyczaj jakiegoś menadżera albo właścicieli, przed którymi tym bardziej należy się wykazać. Tata mówi, że do wykazywania się służą oszczędności, a mierzy się je wskaźnikami. Czym więcej menadżer potrafi na kimś zaoszczędzić, tym lepsze ma wskaźniki, a czym lepsze wskaźniki, tym lepsza pensja - proste.
                Czasami zdarza się, że urzędnik jest jednocześnie menadżerem. Teoretycznie to powinno być dobre, żeby ktoś, kto ma pracować dla dobra ogółu, starał się wykazać oszczędnościami przed tym ogółem. Niestety, w praktyce często urzędnik–menadżer rezygnuje z myślenia, bo wydaje mu się, że przepisy wiedzą najlepiej, co jest dla ludzi dobre. Dzięki temu łatwiej wykazać się wskaźnikami przed przełożonymi i zachować dobre samopoczucie. I funkcję.
                Zastanawiasz się, skąd to moje filozofowanie? W naszym mieście też mieliśmy kiedyś takiego urzędnika – menadżera i efekty jego dobrego samopoczucia psują nam humor do dziś.

poniedziałek, 27 października 2014

88. KOCIMIĘTKA


Kochana Babciu!
               
                Co sądzisz o kotach? Bo niektórzy ich nie lubią. Ja lubię – za charakter. Przyjrzałaś się kiedyś takiemu domowemu kotu? Pazurom ostrzejszym niż brzytwa? Kłom jak sztylety? Ślepiom dostosowującym się do każdego oświetlenia? Tym wszystkim mięśniom, które grają pod skórą? Perfekcyjna maszyna do zabijania! Tak, Pan Bóg dał kotom wszystko, co potrzebne, by sobie w życiu radziły. Nie ma na lądzie doskonalszych myśliwych. Dlatego są wolne: robią, co chcą, kiedy chcą i jak im się podoba. Być obdarzonym przyjaźnią przez takiego kota, to zaszczyt! Bo taki kot wcale nie MUSI się do nikogo łasić – on MOŻE. I ktokolwiek miał kota, wie, jak bardzo potrafią się przywiązać do człowieka, kiedy znajdą kogoś, kto na to zasługuje. Kot – myśliwy nigdy nie jest nazbyt wylewny, nie przesadza z czułością: wszystko ma swój czas i swoje granice. To kocia „godność”.

środa, 17 września 2014

82. IGRZYSKA BEZ CHLEBA



Kochana Babciu!
               
                Smutno mi dzisiaj, bo zapadła ostateczna decyzja o sprzedaży parku w centrum miasta, o którym Ci kiedyś pisałam. Nawet nie „po cichu”, jak planowali niektórzy, ale w błysku fleszy! Okazało się, że nasi rajcowie już bez wątpienia cierpią na chorobę zawodową: nie tylko nie słuchają, czego chcą mieszkańcy, ale nawet nie mają czasu się z nimi spotkać, bo wolą w tym czasie, na przykład, planować sobie festyn.

wtorek, 24 czerwca 2014

68. TAŚMOCIĄG

Kochana Babciu!
               
                Muszę Ci wyznać, że bardzo się ostatnio zdziwiłam. Pewnie powiesz, że to nic nadzwyczajnego: dzieci tak mają. Ale mnie najbardziej dziwi to, że dziwią się dorośli!
                Cała Polska aż huczy po tym, jak redakcja pewnej gazety, którą chyba czytało coraz mniej osób, uruchomiła taśmociąg podsłuchanych rozmów panów polityków. Ci panowie, w specjalnie dla nich przygotowanych pomieszczeniach restauracyjnych spotykali się po pracy i, jak to panowie po pracy, przy alkoholu i przekąskach mówili, co naprawdę myślą o różnych sprawach. A że politycy tak mają, że często co innego myślą, co innego mówią, a jeszcze co innego robią, to słuchając tych rozmów, można by pomyśleć, że to zupełnie inne osoby, niż te, które znamy z „kulturalnych” programów w telewizji.
                Gdy te nagrania były nadawane w niektórych mediach, trudno było zrozumieć, co panowie mówią, bo więcej było piszczenia zagłuszającego brzydkie wyrazy niż normalnych słów. Ja za jedno takie słowo miałabym ze trzy dni szlabanu na bajki, a przy tej ilości wyrazów, to chyba do osiągnięcia pełnoletniości… Z tych niezagłuszonych fragmentów dało się jednak zrozumieć, że każdy polityk nie lubi jakiegoś innego polityka. Dało się też usłyszeć, chociaż ja i tak nic z tego nie rozumiem, że chcą zabrać pieniądze z jednego miejsca, którym rządzą i przenieść do drugiego, tylko potrzebują na to prawa. O takich i podobnych sprawach rozmawiają sobie panowie politycy w szczerych i niewyszukanych słowach przy biesiadnym stole. Dla kogoś było ważne, żeby pokazać to światu, a redakcja ambitnego tygodnika radośnie przystała na tę propozycję.

czwartek, 5 czerwca 2014

65. CHOROBA ZAWODOWA

Kochana Babciu!
               
                Czy u Ciebie ktoś jeszcze w ogóle wypoczywa poza galeriami handlowymi? Na przykład w parku albo w lesie? Pytam dlatego, że moda i zwyczaje zawsze trafiają na prowincję z centrum, a w naszym mieście, jeśli chodzi o nowe inwestycje, na topie są ostatnio kamień i beton. Rodzice twierdzą, że nasi urzędnicy albo wyprzedzają swoje czasy, albo się cofają. Raczej to drugie, bo ogólnie ludzie dojrzeli już do tego, żeby chronić w miastach zieleń i raczej robi się dla niej więcej miejsca, niż ją niszczy. Większość ludzi jednak lepiej czuje się między drzewami, niż między kamieniami. Ale nie wszyscy. Czytałam, że niektórzy nie lubią parków, bo psy robią tam kupy, niesympatyczni panowie piją alkohol, a do tego ktoś mógłby z kwiatów zrobić tęczę… Okazuje się, że są tacy, którzy bardziej się ucieszą, kiedy w tym miejscu powstanie sklep sportowy, ale tylko pod warunkiem, że w ofercie będą kije bejsbolowe. Chyba właśnie takim naprzeciw wychodzi ratusz.

piątek, 9 maja 2014

59. TO NIE JEST KRAJ DLA MŁODYCH LUDZI


Kochana Babciu!
               
                Kiedy patrzę na moje osiedle, mam wrażenie, że ktoś, kto nim zarządza, wolałby, żeby mnie tu nie było. Wszystko, co w dawnych, podobno bardzo niedobrych czasach, zostało zaplanowane tak, żeby fajnie się tutaj mieszkało rodzinom z dziećmi, zostało zniszczone. Wygląda to teraz trochę jak osiedle spokojnej starości. Nie uważam wcale, że nie powinno być tutaj miejsc, w których starsze osoby mogłyby usiąść i w spokoju porozmawiać ze znajomymi! Ale dlaczego znikają miejsca dla dzieci?

środa, 23 kwietnia 2014

54. LECĄ WIÓRY...


                Klonowanie dębów.

Kwiecień 2014

                Niedawno prasę obiegła wiadomość, że najsłynniejszy polski dąb, „Bartek”, którego wiek naukowcy oceniają na 700 lat, a miejscowa ludność podtrzymuje, że ma co najmniej dziesięć wieków, zostanie sklonowany, podobnie jak „Chrobry”, „Bolko” oraz kilka innych wiekowych drzew. Dendrologom z PAN pomóc w tym ma eksperymentalna metoda „in vitro”.
                Biorąc pod uwagę masowe protesty mieszkańców po wycięciu starych drzew pod inwestycje w naszym mieście oraz gotowość do roztaczania przed wyborcami fantastycznych obietnic, bukmacherzy przyjmują zakłady, który z kandydatów do ratusza zechce przeszczepić ten eksperyment na nasz grunt.

 Prowizoryczna Agencja Prasowa




Komentarze (29):

2014-04-08 08:34
~lada
A ja mam w dupie dęby i klony – oddajcie nasze wycięte jesiony! Dwie wojny światowe i jedną zimną przeżyły, to w „najlepszych z możliwych czasów” wydano na nie wyrok! Teraz na ich miejsce posadzą jakieś miniaturki, chodniki i place wyłożą kamiennymi płytami! Tak jak było z Placem Wolności, kiedyś zielono, a teraz betonowo!

piątek, 7 lutego 2014

40. "PLAC OPOWIEŚCI"

                Kochana Babciu!
               
                Dzisiaj muszę Ci opowiedzieć coś niesamowitego: będziemy mieli deptak! Tak, w naszym mieście będzie deptak i to taki z prawdziwego zdarzenia! Jak w Sopocie albo w Krynicy! Ławeczki, chodniczki i fontanna. I place. A wszystko w pół roku! Możesz w to uwierzyć? Ja też nie!
                Wiesz, że lubię moje miasto. Od rodziców słyszałam, że dzieje się u nas więcej niż w wielu innych miejscowościach, ale jest też na co narzekać. Czyli, jak twierdzi mama, mieszkamy w idealnym miejscu do życia dla przeciętnego Kowalskiego. Nie wiem ilu Kowalskich mieszka w naszym mieście, ale sądząc z ilości narzekań – sporo. Podobno Pan Prezydent, którego chwalą we wszystkich miastach poza naszym, powinien już odpocząć i pozwolić wykazać się innym, ale właśnie ogłosił, że jesienią znów będzie kandydował. Widocznie uważa, że jeszcze może zrobić coś dobrego. Na przykład deptak. Nie wiem, Babciu, co myślą sobie rajcowie o mieszkańcach swojego miasta, że tak chętnie im bajki opowiadają, ale chyba nic dobrego, skoro nawet taka mała dziewczynka jak ja rozumie, że ten deptak, chociaż fajny pomysł, nie przypadkiem ma być gotowy akurat przed wyborami… Bo kiedy się takim fajnym deptakiem pójdzie do komisji wyborczej, to jak tu nie zagłosować na tych, którzy, jak czerwony dywan przed wipem, ścieżkę pod nogami wyborcy rozłożyli…

piątek, 25 października 2013

20. octROWer fest!

Kochana Babciu!
               
                Trafiły nam się tej jesieni jakieś takie letnie dni: słoneczko grzeje, niebo błękitne, tylko poranki wymagają ciepłego ubrania – i dobrze, bo na co byśmy narzekali? Korzystając z pogody wsiedliśmy całą rodziną na rowery i hejże, na wyprawę! W naszym wesołym mieście mamy mnóstwo ścieżek rowerowych – grzechem byłoby  z nich nie korzystać! Mój rowerek jest niewielki, za to w taki różowy dżez, jak śpiewa pan w radio. Muszę się dużo na nim napedałować, żeby przejechać tyle, co rodzice na swoich olbrzymach. Ale spokojnie, beze mnie nie pojadą! Tylko M. stroi głupie miny i mnie pogania – też bym była taka mądra w foteliku na taty rowerze!
                Najpierw jedziemy ścieżką – chodnikiem. Wypasiona dróżka! Falująca: góra, dół, góra, dół, chodnik, wjazd, chodnik, wjazd – super! Jak w wesołym miasteczku! Potem przejeżdżamy przez miasto – na szczęście znamy drogę, bo gdybyśmy chcieli szukać szlaku, mielibyśmy kolejną atrakcję: podchody. Podobno jazda na rowerze pomaga schudnąć,  bo częścią jazdy przez miasto jest aerobik: wsiąść, zejść, wsiąść, zejść. A to światła, a to rondo, to znów skrzyżowanie - mama twierdzi, że to jej poprawia figurę. Nasze miejskie ścieżki! Gdy pojedziesz nimi pierwszy raz, zaskoczą Cię na pewno! To taki zaplanowany dreszczyk. 

czwartek, 10 października 2013

16. KOMUNIKEJSZYN BREJKDAŁN

Kochana Babciu!
               

Babciu, czytałaś o naszym mieście w gazetach? Bo głośno  o tym w całej Polsce, że będzie można u nas jeździć autobusami dużo taniej. Jeszcze nie za darmo, jak u sąsiadów, ale zawsze to taniej! Nasi urzędnicy nie przestają nas zaskakiwać!  Kto obieca, że zacznie jeździć autobusem zamiast swoim samochodem, będzie mógł kupić bilet (uwaga, trudne słowo) „zrównoważony”. Jeszcze nie wiadomo, od kiedy one będą i póki co trzeba będzie korzystać z „niezrównoważonych”.

niedziela, 6 października 2013

15. SMOK IN THE FOG

Kochana Babciu!
               

Właśnie siedzę w domu, bo byłam z mamą u pani Doktor. Tam dowiedziałam się, że to co mi jest, nazywa się infekcją dróg oddechowych. Organizm wyrzuca z płuc różne śmieci, które się w nim zbierają i dlatego kaszlę, aż mnie mdli. Do szkoły mogę chodzić, bo wszystkie dzieci to mają, więc i tak nikogo bym nie zaraziła. Ale dzisiaj nie poszłam, bo po wyjściu z przychodni było za późno, więc opowiem Ci bajkę.

Widziałaś kiedyś, Babciu, świąteczną pocztówkę z domkiem przysypanym białym puchem? Dookoła domku rozjaśniona śniegiem noc i trzaskający mróz, na niebie skrzą się gwiazdy, a z komina spokojną strużką unosi się dymek, który świadczy o tym, że za rozświetlonym okienkiem jest cieplutko i przytulnie. Słodziutkie, prawda? Na niektórych kartkach można zobaczyć całą wioskę takich domków i też wyglądają uroczo. 
Wyobraź sobie teraz, że tych domków jest kilka tysięcy, a z każdego komina sączy się dymek. Coś się zmieniło na obrazku, prawda? Tak, gwiazdy zasłonił czarny welon, a śnieg nie rozjaśnia już nocy, bo jest szarobury. Wioska stała się miastem.

czwartek, 3 października 2013

14. OBYWATEL POD CHMURKĄ

Kochana Babciu!
               
                Muszę Ci się pochwalić, w jakim wspaniałym mieście żyjemy i jaką mamy dojrzałą demokrację. Jak jabłka jesienią! Otóż nasi urzędnicy są tak wspaniałomyślni, że pomyśleli sobie, że mieszkańcy miasta, czyli obywatele, też mogą coś uchwalić. Wyobrażasz sobie? Nie ustalą w tym roku sami, na co będą wydane pieniążki z miejskiego skarbca, ale każdej dzielnicy przyznali określoną kwotę i zapytali obywateli, na co chcieliby ją wydać. I to nawet nie tak, jak w niektórych teleturniejach, żeby wybrać właściwą odpowiedź. Nie, można było nawet własne pomysły zgłaszać! To się nazywa „projekty obywatelskie”. „Obywatelskie”, bo przygotowane bez urzędników. „Projekt”, czyli taki pomysł, który zostanie wcielony w życie albo nie. Oczywiście, potem urzędnicy sprawdzili jeszcze te zgłoszone propozycje, czy nie są z kosmosu, jak mówi mama. Bo przecież Mars nie leży w granicach naszego miasta!

czwartek, 26 września 2013

12. CHŁÓD I ZGRZYTANIE ZĘBÓW

Kochana Babciu!
               

Wrzesień w tym roku jest u nas wyjątkowo brzydki, chociaż wszyscy zapowiadali, że będzie najcieplejszy w historii. Tata mówi, że to się nazywa zaklinanie. Opowiadał mi, jak to kiedyś w każdej wiosce był taki czarownik, który nazywał się Szaman i on zaklinał pogodę. Jak mieszkańcom dokuczała susza, to szło się do Szamana, mówiło mu: „Szamanie, potrzebujemy deszczu. Pozaklinałbyś trochę, co?”. A Szaman na to: „Mieszkańcy wioski, takie wtrącanie się w wolę bogów wymaga odpowiedniej ofiary!”. Mieszkańcy zaczynali wtedy zgrzytać zębami, a Szaman chował się w swoim namiocie, niby obrażony, ale tak naprawdę to ze strachu, żeby sam miał czym zgrzytać, gdyby kiedyś potrzebował. I tak nikt mu nic nie mógł zrobić, bo tylko on jeden w całej wiosce znał się na zaklinaniu pogody.

niedziela, 15 września 2013

9. NIŻ

Kochana Babciu!
               
                Dopiero co wysłałam do Ciebie jeden list, ale mam teraz czas, żeby znowu do Ciebie napisać , bo rok szkolny nie zaczął się jeszcze na dobre, a do tego ciągle pada deszcz, bo przyszedł niż i nie ma po co iść na dwór. I zadań domowych nie muszę jeszcze robić. To znaczy nie musimy. Z rodzicami, bo sama nie dałabym rady. Jedno takie zadanie to nawet musiała kiedyś rozwiązać koleżanka mamy, która pracuje na uniwersytecie, bo rodzice nie umieli. Większość klasy zapomniała wtedy zeszytu. Już niedługo pewnie znów tak będzie i chociaż trochę nudziłam się w czasie wakacji w domu, to już zaczynam za nimi tęsknić.
Podobno do szkół też przyszedł niż. Tata mówi, że to dlatego, że bociany odleciały i jest teraz mniej dzieci. Z powodu niżu niektórzy nauczyciele okazali się niepotrzebni. Mieliśmy taką fajną panią od polskiego, która puszczała nam dużo śpiewanych wierszyków, bajek i filmów o autorach. Zawsze lubiliśmy Panią i jej lekcje, ale za krótko pracowała w naszej szkole i teraz mamy polski z Panią z biblioteki, która sama czyta nam wierszyki i opowiada i to już nie jest takie ciekawe. Ostatnio prawie zasnęłam na lekcji, ale to pewnie przez ten niż. Pani z biblioteki pracuje od lat i okazała się bardziej potrzebna od naszej Pani.

piątek, 6 września 2013

7. WAKACJE W MIEŚCIE.

Kochana Babciu!


Dawno do Ciebie nie pisałam, bo dużo czasu spędzałam ostatnio przy grze na xboksie, ale tata wczoraj mi ją odłączył i schował, po tym, jak podczas gry ze zdenerwowania użyłam takiego słowa, którego mogą używać tylko rodzice. Mama i tata powiedzieli, że za dużo czasu spędzam przed telewizorem albo monitorem i robię się od tego niegrzeczna. Babciu, czy moi rodzice naprawdę nie oglądali bajek? Tata mówi, że kiedy był w moim wieku, to nie było jeszcze gier komputerowych, a w telewizji można było tylko oglądać zdradzieckie filmy o wojnie. Jeśli rodzice musieli oglądać takie straszne filmy, to jak musieli być niegrzeczni, skoro ja robię się podobno nieznośna od śmiesznych bajek i gier?

Rodzice mówią też, że jak oni byli mali, to więcej czasu niż ja spędzali na podwórku. I ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby pójść na plac zabaw, ale na naszym osiedlu już prawie nie ma takich miejsc. To znaczy place są, ale odkąd wróciliśmy z wakacji, to wyglądają jak plaże bez wody: dużo piasku, dużo słońca i dużo miejsca do biegania – tak chyba wygląda pustynia? Jeszcze przed naszym wyjazdem były huśtawki i zjeżdżalnie i było fajnie, ale kiedy ktoś złamał jedną z huśtawek na naszym osiedlu, to okazało się, że te wszystkie drewniane zabawki na placach, które podobno nie tak dawno nam Spółdzielnia zafundowała (tata mówi, że mogły być już pełnoletnie – co to znaczy, Babciu?), są niebezpieczne i mogłyby dzieciom zrobić krzywdę. Nie wiem, dlaczego stało się to tak nagle – może w tym roku sprowadziły się na nasze osiedle jakieś robaczki i zaczęły je zjadać z takim apetytem, że trzeba było szybko całe drewno zabrać? A dzięcioły nie miałyby u nas gdzie mieszkać, bo wszystkie gniazda zajęły jaskółki wyjadające komary!?

czwartek, 5 września 2013

6. STROFOWANIE ŚMIECI

                Kochana Babciu!

                Tyle się teraz mówi o ekologii i strofowaniu śmieci, że aż postanowiłam do Ciebie o tym napisać, bo jestem ciekawa, jak to się odbywa u Ciebie? Tatuś mówi, że kiedyś ludzie nie dbali o środowisko tak jak teraz i dlatego wyginęło dużo zwierząt, a w niektórych rzekach do dzisiaj nie można się kąpać, bo nadal są brudne. Ale kiedy ludzie zobaczyli, jak narozrabiali, to się przestraszyli, że też wyginą i postanowili się poprawić. Na przykład zaczęli zbierać zużyte baterie, stare radia, telewizory i lodówki w sklepach, gdzie je sprzedają, żeby ludzie nie wywozili ich do lasu. Ale niektórzy dalej wywożą. Różne odpady. A niektórzy nawet je spalają w piecach i wtedy wszyscy w okolicy wiedzą, że w tym domu pali się śmieci, bo z komina leci gęsty i śmierdzący dym, który wszystko zasłania i drapie w gardło. Zapytałam tatusia, czy ci ludzie nie boją się, że wyginą. Tatuś powiedział, że niektórzy tak robią, bo za wywożenie śmieci trzeba zapłacić, a oni mają inne, ważniejsze wydatki. Na szczęście dla większości ludzi dbanie o czyste rzeki i powietrze jest bardzo ważne i dlatego teraz wszyscy żwawo zabrali się do  gregowania śmieci. Szkoda tylko, że teraz za to, żeby było zdrowiej, trzeba płacić więcej niż przedtem, bo ja myślę, że znowu znajdą się tacy, którzy będą mieli ważniejsze wydatki.
A z tym strofowaniem to jest tak, że u nas robi się to jeszcze nie całkiem po europejsku, według tego, czego uczyłam się w szkole. Trochę jak z butelkami zwrotnymi. Kiedy tatuś kupi piwo, a potem zgubi paragon, to może wymienić je w sklepie tylko na pełne. Tatuś zawsze gubi paragony, a mamusia potem krzyczy na niego, że znów chrapie. Bo naprawdę chrapie jak niedźwiedź! (Babciu, czy piwo też robią pszczoły?)  A kiedy byliśmy w Czechach, to tatuś mógł wrzucić wszystkie butelki po piwie do takiej maszyny w ścianie, z maszyny wyszła karteczka, na której było napisane, ile były te butelki warte i mogliśmy zrobić inne zakupy, a tatuś nie musiał kupować następnych piw i wszyscy byliśmy wyspani.