Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 stycznia 2022

197. SZCZĘŚLIWEGO?

 


               Drogi Dziadku,

 

 

               Szczęśliwego Nowego Roku! W szczęśliwym nowym świecie! Bo przecież takim się staje, nieprawdaż?

               Oto wszystkie najbardziej wiarygodne i rzetelne media oraz ulotki zgodnie informują, że idzie nowe: lepsze, ludziom przyjaźniejsze, sprawiedliwsze. Niebo na Ziemi!

               Mimo przeciwności losu, mimo zaciekłych ataków wszystkich wrogów: zewnętrznych i wewnętrznych, prawdziwych i wykreowanych. Zrobimy sobie Raj! Tylko dla nas! I otoczymy go 5-metrowym murem, który zwieńczymy drutem kolczastym! Fajnie będzie, zobaczysz.

 

środa, 2 marca 2016

145. WAITERMAN

Kochana Babciu!
               
                Oscary już rozdane, a ja o mało nie zapomniałam napisać Ci, że i u nas niedawno powstał pewien film, którego główny bohater też mógłby stanąć na czerwonym dywanie. A jak było o nim głośno! Niestety, powstał trochę przypadkowo i nie ma w nim najlepszych scen, bo operator za późno włączył kamerę…
                To powinien być western o superbohaterach. Babciu, lubisz westerny? Fajne są. W każdym westernie jest Dobry, Zły i salun. Oczywiście, Dobry walczy ze Złym, a gdzieś w tle zawsze musi być salun – i u nas to się wszystko zgadzało. Tylko że na Dzikim Zachodzie Zły z Bandą (mięso armatnie) przyjeżdżał do miasta, zabijał szeryfa, parkował konia (ewentualnie w odwrotnej kolejności), a potem wchodził do salunu, przewracał jakiś stół albo dwa i z pistoletem w ręku albo pod ręką kazał kelnerowi się obsłużyć. I później jakiś Dobry musiał pomścić szeryfa i niezapłacony rachunek. Nam jednak, wbrew pozorom, do Dzikiego Zachodu jeszcze daleko i Zły przyjeżdża w białych skarpetkach, parkuje samochód, wchodzi z Bandą do restauracji, składa zamówienie i grzecznie czeka, aż kelner je przyniesie. Później kulturalnie, za pomocą widelca i noża spożywa jakieś rarytasy, może nawet wycierając co jakiś czas usta chusteczką. A potem chyłkiem, po cichutku, niezauważony próbuje przemknąć z Bandą do wyjścia, „zapominając” o rachunku…

wtorek, 7 kwietnia 2015

110. PIKTOPROTETYKA

Kochana Babciu!
               
                Zauważyłaś, jakie nasze miasto jest ostatnio sławne? Wszyscy o nas mówią! Niestety, nie jest to powód do radości. Pamiętasz, jak pisałam Ci kiedyś o arogancji – chorobie zawodowej, która dotyka większość osób sprawujących jakąś władzę i zaatakowała również naszych urzędników? O skutkach tej choroby, czyli o planach wycięcia parku pod market, również Ci pisałam, jeszcze kiedy mieszkańcy próbowali go ratować. Niestety, wtedy nie interesowało to prawie nikogo. Kilku miejscowych dziennikarzy, dwieście osób podpisanych pod listem do ówczesnego Pana Prezydenta i kilku uradowanych internetowych miłośników betonu. Dla całej reszty Polski te kilka drzew nie miało większej wartości – dopóki stały. Jak wiesz, ostateczne decyzje zapadły i ważne podpisy zostały złożone jeszcze przed wyborami, które dały tamtym władzom szanse podjęcia leczenia ich choroby zawodowej. A jej postępy, jak się okazuje były znaczne, bo kiedy rok temu mówiono, że teren sprzedawany jest pod market, urzędnicy mówili, że to kłamstwo. Teraz okazuje się, że jednak najprawdziwsza prawda, a nowy Pan Prezydent boi się trzepać ratuszowe dywany, bo nie wiadomo, jakie augiaszowe stajnie mogą się pod nimi jeszcze kryć.

niedziela, 15 lutego 2015

102. FAŁSZYWE TONY

 
              Do wszystkich, których ten temat jeszcze interesuje.

                Wydaje mi się, że w bieżącym roku szkolnym wypowiedzieli się już wszyscy, którzy chcieli zabrać głos na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W czasie względnego spokoju i ja pozwolę sobie dorzucić swoje subiektywne trzy grosze do puszki…

                Mam tyle lat, że pamiętam, kiedy pojawiła się Orkiestra. Pamiętam program „Róbta, co chceta”, od którego wszystko się zaczęło, a którego tytuł do dziś powoduje nerwowe rozglądanie się za wodą święconą u niektórych osób. Pamiętam jąkającego się człowieka w czerwonych spodniach, czerwonych okularach, w glanach, którego głos znałem też z „Trójki”, gdzie zapowiadał utwory Proletaryatu, Voo Voo i Nirvany, a wszystko to było wtedy nowe, świeże i prawdziwe. Ten człowiek to był Jurek Owsiak i do dzisiaj poznaję go po czerwonych okularach i glanach, choć pewnie mógłby zmienić image i nikt nie miałby mu tego za złe. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że program telewizyjny nie należał do najinteligentniejszych (dzisiaj zawyżałby średnią) i do głowy mi wtedy nie przyszło, że ten człowiek rozkręci jedną z największych na świecie akcji charytatywnych, a jej uczestnikami będą… Polacy.
                Od początku nie było łatwo. Sam nigdy nie zgłosiłem się jako woluntariusz do zbierania pieniędzy, ale wielu z moich znajomych, wtedy nastoletnich, to zrobiło. Pamiętam, jak byli przeganiani sprzed kościołów i wyzywani od „owsików” przez co gorliwszych proboszczów i kościelnych. Ale mimo to, działo się coś niesamowitego: w kraju, w którym wszyscy narzekali, że ledwo wystarcza do pierwszego, z roku na rok obywatele dawali więcej pieniędzy na zakup sprzętu dla dziecięcych oddziałów szpitali. Ba! Coraz więcej „poważnych” osób: urzędników, biznesmanów, polityków przyłączało się do Orkiestry w któryś styczniowy weekend – nie dlatego, że zabiegał o to Owsiak, ale dlatego, że pokazanie się na finale dawało szansę na poprawę wizerunku. Na co dzień ludzie potrafili skakać sobie do gardeł z powodu poglądów politycznych, ale Orkiestrę, poza nielicznymi, wspierali niezależnie od opcji. Jednego dnia w roku obywatele tego kraju łączyli się w pozytywnym celu, na moich oczach działali nie przeciwko czemuś, ale dla czegoś: zbierali pieniądze na pomoc chorym dzieciom, a później również osobom starszym. Przekonanie o tym, że jest to wartość, którą trudno podważyć, towarzyszyła mi przez ostatnie dwadzieścia lat. Wyrobił je we mnie ten charyzmatyczny, choć jąkający się gość w czerwonych okularach. Wszyscy, którzy mu wtedy, jako nastolatki, pomagali, a z którymi mam kontakt, wyrośli na ludzi, którzy nie kradną, nie zabijają i tak jak potrafią, dbają o swoje rodziny.

piątek, 4 lipca 2014

70. WIDZIANE Z GÓRY


Kochana Babciu!
               
                Wyobraź sobie, że był u nas Pan Z Telewizji! To znaczy nie u mnie w domu, tylko w naszym mieście, ale to przecież prawie to samo! Chyba nawet ze dwa dni u nas był! Ja wiem, bo opowiadała mi mama, że dla Ciebie to nic nadzwyczajnego - takie osoby, które są znane nie tylko z małego, ale i dużego ekranu, to Ty spotykasz, kupując warzywa na bazarku - ale u nas to wydarzenie na pierwsze strony gazet! Naprawdę! Przez te dwa dni tylko lodówka nie wyświetlała jego zdjęć.

                Przyjechali akurat w czasie obchodów dni naszego miasta i można było ich spotkać na rynku, a niektórym nawet udało się sfotografować z Panem Z Telewizji! Taki sławny człowiek, którego prawie codziennie ogląda cała Polska na ekranach swoich telewizorów, mógłby sobie nie życzyć fotografii z jakimiś nieznanymi typami z miasta, które, wydawałoby się, nie ma się z czym dobrym kojarzyć. A tu taka niespodzianka: Pan Z Telewizji okazał się całkiem sympatyczny i jeszcze twierdził, że u nas jest fajnie!

piątek, 13 czerwca 2014

66. GAPIE

Są rzeczy, których nie potrafię zrozumieć.
Takim zjawiskiem jest śmierć: można zaakceptować albo nie fakt jej istnienia, podobno może ona nawet zobojętnieć, ale zrozumieć się jej nie da. Wiara, że jest ona nowym początkiem może łagodzić żal, ale nie wiem, ilu jest takich, którym wiara wystarcza, żeby umysł przestał stawiać pytania.
Są sytuacje, których nie mogę sobie wyobrazić. Nie dlatego, że nie są możliwe, ale dlatego, że sama próba wczucia się w rolę sprawia ból i wywołuje przerażenie. Taką sytuacją jest śmierć dziecka. Nie sposób jej ani zrozumieć, ani zaakceptować. Nie czuję się na siłach, żeby analizować temat, którym żyje aktualnie cała Polska. Zwłaszcza, że sformułowano już opinie, pod którymi mógłbym się podpisać (Tatapad.pl oraz blogojciec.pl). 

Próbuję za to zrozumieć to, co dzieje się wokół. Krążące po moim mieście wozy transmisyjne wielkich stacji telewizyjnych, osobowe auta z krzykliwymi znaczkami rozgłośni radiowych i portali internetowych. Prześcigających się w wyścigu za informacją dziennikarzy, rozbieganych między sąsiadami, znajomymi z pracy, rzecznikami prasowymi a służbami. Rozmawiają, nagrywają, filmują, fotografują. Depczą intymność, gapiąc się i umożliwiając innym gapienie się na ból.
Wyobrażam sobie też tłumy przerażonych tym, co się stało widzów, słuchaczy i internautów, którzy chcą wiedzieć coraz więcej. Chcą zrozumieć.