Do
wszystkich, których ten temat jeszcze interesuje.
Wydaje
mi się, że w bieżącym roku szkolnym wypowiedzieli się już wszyscy, którzy
chcieli zabrać głos na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W czasie
względnego spokoju i ja pozwolę sobie dorzucić swoje subiektywne trzy grosze do
puszki…
Mam
tyle lat, że pamiętam, kiedy pojawiła się Orkiestra. Pamiętam program „Róbta,
co chceta”, od którego wszystko się zaczęło, a którego tytuł do dziś powoduje
nerwowe rozglądanie się za wodą święconą u niektórych osób. Pamiętam jąkającego
się człowieka w czerwonych spodniach, czerwonych okularach, w glanach, którego
głos znałem też z „Trójki”, gdzie zapowiadał utwory Proletaryatu, Voo Voo i Nirvany,
a wszystko to było wtedy nowe, świeże i prawdziwe. Ten człowiek to był Jurek
Owsiak i do dzisiaj poznaję go po czerwonych okularach i glanach, choć pewnie
mógłby zmienić image i nikt nie miałby mu tego za złe. Z perspektywy czasu mogę
powiedzieć, że program telewizyjny nie należał do najinteligentniejszych (dzisiaj
zawyżałby średnią) i do głowy mi wtedy nie przyszło, że ten człowiek rozkręci
jedną z największych na świecie akcji charytatywnych, a jej uczestnikami będą…
Polacy.
Od
początku nie było łatwo. Sam nigdy nie zgłosiłem się jako woluntariusz do
zbierania pieniędzy, ale wielu z moich znajomych, wtedy nastoletnich, to
zrobiło. Pamiętam, jak byli przeganiani sprzed kościołów i wyzywani od
„owsików” przez co gorliwszych proboszczów i kościelnych. Ale mimo to, działo
się coś niesamowitego: w kraju, w którym wszyscy narzekali, że ledwo wystarcza
do pierwszego, z roku na rok obywatele dawali więcej pieniędzy na zakup sprzętu
dla dziecięcych oddziałów szpitali. Ba! Coraz więcej „poważnych” osób:
urzędników, biznesmanów, polityków przyłączało się do Orkiestry w któryś
styczniowy weekend – nie dlatego, że zabiegał o to Owsiak, ale dlatego, że
pokazanie się na finale dawało szansę na poprawę wizerunku. Na co dzień ludzie
potrafili skakać sobie do gardeł z powodu poglądów politycznych, ale Orkiestrę, poza nielicznymi, wspierali niezależnie od opcji. Jednego dnia w roku obywatele tego kraju łączyli się
w pozytywnym celu, na moich oczach działali nie przeciwko czemuś, ale dla
czegoś: zbierali pieniądze na pomoc chorym dzieciom, a później również osobom starszym. Przekonanie o tym, że jest
to wartość, którą trudno podważyć, towarzyszyła mi przez ostatnie dwadzieścia
lat. Wyrobił je we mnie ten charyzmatyczny, choć jąkający się gość w czerwonych
okularach. Wszyscy, którzy mu wtedy, jako nastolatki, pomagali, a z
którymi mam kontakt, wyrośli na ludzi, którzy nie kradną, nie zabijają i tak
jak potrafią, dbają o swoje rodziny.