Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2019

193. SMRÓD NASZ POWSZEDNI



               Drogi Dziadku,

                Co u Ciebie? Widać już Święta na horyzoncie?  U nas jak zwykle o tej porze roku nie widać dalej niż na 500m, o horyzoncie nie wspominając. I śmierdzi. Ale nic się nie da zrobić.
                Za to przygotowania do Świąt, choć trochę po omacku, trwają w najlepsze. Czarny piątek w pełni zasłużył na swoją nazwę, bo jak już wszyscy napalili w piecach po powrotach z pracy do domów, żeby mieć ciepło, to potem wsiedli w swoje samochody, żeby ruszyć na wyprzedaże. Przez kilka godzin miasto stało zakorkowane, a dymy z kominów malowniczo mieszały się ze spalinami, wzbogacając atmosferę o składniki zupełnie nam do życia niepotrzebne. No ale nic się nie da zrobić.
                W tym samym czasie kilka osób manifestowało na rynku, żeby coś z tym smrodem jednak zrobić. Kilku polityków i samorządowców zamanifestowało swoją obecność. Kilku polityków i samorządowców swojej obecności nie zamanifestowało (a może nawet zamanifestowało swoją nieobecność?), bo po co w ogóle coś z tym robić?
               

piątek, 27 kwietnia 2018

189. SZCZYBNY SZCZUPOK


Szczybny* szczupok abo zapomniano historyjo Rybnika.

            Downo, downo tymu, ale tak downo, że już żodyn niy pamiynto, jako rychtyk tymu było, żył se we grodzisku nad wielkom rzykom Łodrom synek. Łeboń był ś niego dobry, yno chwolno rzić, beztoż godali mu Chwałek.
            Grodzisko wały miało wysoki i mocne, palisada łostro, a fosa głymboko, bo ksionże był dobry gospodorz i umioł ło swoi dbać. Chwałkowi jednak duszno było w ciasnych chaupach ustawionych w rownych raiach i sztyjc uciekoł za wały, żeby wandrować po łokolicznych lasach. Dycki broł ze sobom łuk a szczały i dycki coś z tego lasa przinios: a to jakigo zajonca, a to bażanta, to zaś jako gyńś. Chwałek przoł takij jednej szwarnej dziołszce, co  jom mianowali Lynka. Dycki ji przinosiył nojbardzij masne konski z polowań. A że i łon sie Lynce podoboł, to tyż dostoł konsek chleba, a niykiedy i kołocza. 
            Chwałek był za smarkaty, coby go ksionże wzion do drużyny wojokow, ale pryndko sie skapnył, że synek dobrze zno kożdo polana i kożdo przikopa w lasach dookoła grodziska, toż broł go za kożdym razym, jak chcioł polować. A że fest to lubiył, to broł Chwałka ze sobom na kożdy gon. Chwałek za to fest se mioł to w zocy, że mu ksionże tak wierzył i za ksiyńciym skoczyłby w łogiyń.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

138. HIGHWAY STARS

                Jadę. O 7.00 muszę być w jednym z naszych wielkich miast położonych przy słynnej E40 – trasie łączącej kanał La Manche z chińską granicą. Jest sobota, styczniowa noc, lekki mróz i śnieg, a ja pędzę sobie trzypasmową autostradą – zjawiskiem jeszcze 15 lat temu nieznanym w tej części świata, a dzisiaj tak oczywistym, jak bezkarność jej budowniczych, oszukujących na materiałach. Zanim tu dojechałem, musiałem pokonać kilkanaście kilometrów nierównomiernie odśnieżonych dróg wojewódzkich, uważając na walące się z plandek ciężarówek wielkie płaty lodu i jednocześnie ciesząc oczy zimowym pejzażem świeżo ośnieżonego lasu. Teraz już jestem na szerokiej, przyzwoicie odśnieżonej, asfaltowej tafli prowadzącej w stronę wielkiego świata.
                Kilka razy podskakuję na garbach w okolicy kopalni o świńsko brzmiącej nazwie. Nie wiem, czy garbom bardziej winna kopalnia, czy przedsiębiorczy wykonawcy drogi, ale nie roztrząsam tematu. Samochód jest już rozgrzany, silnik pracuje równo i płynnie, błyskawicznie reaguje na drobny nawet ruch pedału gazu, a amortyzatory miękko tłumią lądowania po każdym garbie – po dwudziestu kilometrach nastoletnia maszyna jest zwrotna i elastyczna jak ciało sportowca po rozgrzewce. Rozsiadam się więc wygodnie, wrzucam szósty bieg i biorę łyk niepolitycznej latte (na moją obronę niech świadczy fakt, że zakupionej na najbardziej polskiej z polskich stacji) i nie przekonuje mnie płynący z głośnika aksamitny głos Krzysia Rea, że to najprostsza „The Road To Hell”. Jest dobrze.

piątek, 30 października 2015

126. PIECE PIEKIELNE

                Babcia!!
               
                Pakuj się i przyjeżdżaj – robimy halloween! Ubranie weź czarne, jakąś wdowią woalkę (niech dziadek nie bierze tego do siebie), czarną kredkę i siną szminkę. Sadzy u nas pod dostatkiem, to się wysmarujemy i pójdziemy w pROWincję! Wiem, że święto trochę głupie i nie nasze, tylko przyszywane jak głowa Frankensteina, a nam bliżej do dziadów. Ale to nic, przeniesiemy je na grunt lokalny i dostosujemy do wymagań środowiskowych. Dziadowskich.
                Bo środowisko nam sprzyja! Gdyby zgodnie z halloweenową tradycją zrobić psikusa i zmienić dwie literki, a jedną wyrzucić, to powstanie nam „hell oven” – piekielny piec. A koniec października to u nas prawdziwe święto kopcącego pieca i zbiorowego wędzenia się żywcem.

wtorek, 10 lutego 2015

101. RĘKOPIS ZNALEZIONY W KOLKASTLI

                W starym familoku, w którym stoją jeszcze kaflowe piece, wnuczek przyniósł babci węgiel z piwnicy. Podczas dokładania do pieca, babcia znalazła pomiętą brudną kartkę zapisaną drobnym, wyraźnym pismem kogoś, kto pamięta jeszcze czasy, kiedy w szkołach uczono kaligrafii. Babcia założyła okulary i zaczęła czytać.

                "Trzista metrów pod ziymióm, niedaleko nieczynnego szybu zawrzytej gruby siedzioł w swoij izbie Skarbnik i glansowoł na niedziela szczewiki. Kole niego na ryczce siedzioł bachraty szczur i łobgryzoł kraiczek chleba po jakimś grubiorzu. Skarbnikowi było Skarbnik, a szczurowi było Jorguś. Jak się Jorgusiowi kończył chlyb, chodziyli razym ze Skarbnikiym miyndzy górników i wyglóndali jakigoś chopa, kiery wczorajszy leżoł kajś schowany, żeby go sztajger niy znod i społ. Skarbnik stowoł nad takim i robił „Uuu!”, a górnik nie doś, że sie budziył wylynkany, to jeszcze jak widzioł nad sobóm te świyconce ziylóne ślypia, to o mało szczewików nie potracił, a co dopiyro miołby o śniodaniu pamiyntać, tak pitoł…

czwartek, 17 kwietnia 2014

52. PARA, KURZ I DYM

Kochana Babciu!
               
                Przyjadą goście! Wielkanoc! Spieszą się wszyscy jak przebudzone wiosną mrówki – aż się kurzy! Temperatura wzrasta nie tylko na termometrach za oknem, ale i na spoconych od ciężkiej pracy czołach. Z nastaniem wiosny smok się chwilowo wyniósł, a mimo to dym nie opada.
            Przecież trzeba się przygotować, żeby olśnić niewidzianych od miesięcy krewniaków! Stoły suto zastawić, a mieszkania wypolerować i wypachnić. Już trzy tygodnie przed Świętami we wszystkich marketach, między czekoladowymi zajączkami i kurczakami, czekały na nas - specjalnie na tę okazję przygotowane - hurtowe ilości środków czystości. Gazetki przekonywały, że ceny (chociaż wyższe niż poza promocją) są wyjątkowo atrakcyjne (bo tańsze niż w grudniu). Prawdopodobnie, według marketowych Prezesów, między Wigilią a Wielkim Tygodniem nikt nie sprzątał i najwyższy czas to nadrobić. Ale tata mówi, że kiedy się pracuje w markecie, to można tak myśleć, bo na nic nie ma się czasu. A już najmniej przed Świętami, dlatego promocje zaczynają się wcześniej.

                Zachęceni reklamami konsumenci pozwalają się namówić i biorą się do roboty: idą w ruch ścierki, szczotki i odkurzacze. Grzmią tłukące w dywany trzepaczki. Kurz unosi się przez pootwierane na oścież okna i wokół trzepaków, aż ptactwo uchodzi w pola! Zza odsuwanych mebli wyłaniają się dobrze zasuszone pierniczki – wspomnienie Bożego Narodzenia. A że ostatnie Święta z weekendami ciągnęły się przez dwa tygodnie, to wymienić trzeba niejedną zarabowaną sofę. W harmonogramach wywozu śmieci przezorni urzędnicy dopisali nawet dodatkowe terminy odbioru wielkich gabarytów!

czwartek, 16 stycznia 2014

30 sekund na pROWincji



12.01.2014
06:25

Stolica dowie się o nas na wielkim formacie!

                W samym sercu STOLICY, na jednym z najbardziej ruchliwych skrzyżowań zawisł billboard zapowiadający koncert zespołu 30 seconds to Mars, który odbędzie się 22. czerwca tego roku na Stadionie Miejskim w naszym mieście. Zdaniem Prezydenta jest to najlepsza w kraju lokalizacja do promowania miasta. Według sprawdzonych analiz kilkaset tysięcy osób będzie mogło podziwiać reklamę z wyeksponowaną nazwą RYBNIK!

Prowincjonalna Agencja Prasowa


Komentarze (30):

2014-01-12 08:23
~juzefus
Taki wielki koncert a od razu bilety po promocyjnych cenach sprzedają, bo nikt nie chce kupować! Zapraszają bele co a potem trzeba robić wielkie halo, żeby ktoś chciał w ogóle na to zwrócić uwagę! Z czego pan prezydent taki zadowolony? Nie ma już na świecie konkretnych zespołów żeby się promować, jak już tak panu zależy? Tylko jakieś odpady? Czy w tym mieście zagra w końcu ktoś normalny?

2014-01-12 08:40
~niezorientowany
To ten sam stadion, na którym nie chcą murzynów? Mam nadzieję, że zespół jest biały :P

2014-01-12 09:58
~kp
No! to jest news! Niecierpiący zwłoki, w sam raz na niedzielny poranek. I ta imponująca powierzchnia bilboardu: 537 metrów kwadratowych dumy i tyleż mniej kompleksów!  W jakim innym mieście ktokolwiek podniecałby się wywieszeniem plakatu przed koncertem?...

2014-01-12 10:10
~marta17_66
I bardzo dobrze! Coś się dzieje, jest okazja, żeby dobrze mówić o Rybniku, a nie tylko w kronikach kryminalnych. Ale, oczywiście, tu zawsze znajdą się niezadowoleni: kiedy nic się w mieście nie dzieje – źle, kiedy coś się zaczyna dziać – jeszcze gorzej. Zespół jest znany na całym świecie - jeśli ktoś nie zna, to znaczy, że najwyższy czas przestawić radio na inną stację. Można taką muzykę lubić albo nie, ale z punktu widzenia promocji miasta to dobry wybór.

wtorek, 17 grudnia 2013

29. LIST DO P.


Szanowny Panie P.


Jest dla mnie bardzo ważne napisanie tego listu w odpowiedzi na Pańskie niefortunne uwagi  na temat pewnego dziecka z łoża o rzekomo kwestionowanej reputacji.
Rozumiem, że emocje wywołane decyzją sędziów Sądu Najwyższego, którzy uznali, że twierdzenie o istnieniu narodu śląskiego godzi w polską rację stanu, może wywoływać gęsią skórkę i kojarzyć się z niechlubnymi epizodami z dziejów mniej lub bardziej Miłościwie Nam Panującej Rzeczypospolitej, ale odwoływanie się do słów patrona niezdrowych koktajli jest pogłosem tej samej autorytarnej czkawki, co rzeczony wyrok. Chyba nie o takie wkur..nie chodziło Panu Kutzowi. Jako Ślązak od pokoleń, czuję się obywatelem tego kraju, którego język wyewoluował m.in. z naszej gwary i określanie go mianem „bękarta” bije również w moją godność, więc nie mogę pozostać wobec takiej obelgi obojętny. Człowiek z Pańskim wykształceniem, zdobytym, jak mniemam, za własne, a nie „bękarcie” pieniądze, z pewnością wie, że, jako Ślązacy, jesteśmy ostatnimi spadkobiercami dziedzictwa kulturowego, które jeszcze 100 lat temu sięgało Nysy Łużyckiej i było dziełem wieków pracy kilku wielkich narodów spotykających się w tej części Europy. W języku jednego z nich myślę i się wypowiadam, więc do niego mi najbliżej, ale osobiście nie widzę powodu, żeby którykolwiek z tych narodów gloryfikować ani któremukolwiek ubliżać, skoro każdemu coś zawdzięczamy i każdemu mamy coś do zarzucenia. Wiele moglibyśmy mieć dzisiaj do zaoferowania światu, gdybyśmy umieli oprzeć na tym dziedzictwie naszą tożsamość, a nie budowali nowej, w opozycji do kogokolwiek. Czy do tego potrzeba nam błogosławieństwa urzędników?

środa, 6 listopada 2013

21. ODCIENIE

„W domu mówią tylko tym językiem, modlą się w nim a jeżeli w towarzystwie chcą być wesołymi zamienia się rozmowa prowadzona dotychczas w języku niemieckim wnet na takąż prowadzoną łatwiejszym dla nich języku polskim. Charakterystycznym zdaję się być pod tym względem pewien rys, który dlatego też tu zamieszczam, chociaż raczej należałby do notatek jakiegoś rękopisu w archiwum. – W Rybniku bowiem gromadzą się od przeszło 30 lat znakomici obywatele miasta, po większej części członkowie magistratu i tacy , którzy nimi byli, w pewnym lokalu, ażeby tam sobie zagrać w karty mianowicie w ulubioną grę solo. – Ponieważ są tam także obecni niemcy, mówi się z początku tylko po niemiecku. Skoro się jednak gra ożywi i jakiś nieszczęśliwiec, zapowiedziawszy słabą grę, jedną bitkę po drugiej przegrywa, powstanie przy każdym biciu głośna radość. <<Momy go, momy go>> słychać wszędzie i polski język zwycięża. Towarzystwo tych graczy nazywają inni żartobliwie towarzystwem momegów” (pisownia oryginalna)[1]

           
                        Szanowny Panie Arturze,

Niech mi niy majom za złe, że Im wiekuisty spoczynek przerywom, ale chciołbych, żeby tyn briyf trefiył do Ponboczka zamiast rzykanio, a żywi niech se z niego weznom do sia, co bydom chcieć.
            Taki teraz czas jesiynny, kiedy liście na stromach majom tela kolorów i odciyni, że się sztyjc niy umia nadziwić, żech se nigdy pryndzyj niy doł pozór, że ich tela jest, chocioż co roku sie tak miyniom. Pan Artur tyż na pewno je widzieli. Bo chocioż zdjyncia wtedy były yno czorno – biołe, abo właśnie skiyrz tego, Pan wiedzieli, że nawet szarość może mieć setki odciyni.