Kochana Babciu!
Miałam
niedawno bardzo dziwny sen.
Śnił mi się Stumilowy Las, ale jakiś taki zmieniony:
smutny, postarzały i pusty. Drzewa pozbawione liści, a niebo szare jak osiedlowe
podwórko. Pochmurno i ciemno tak, że trudno określić czy to zmierzch, czy świt
– jak u nas na przełomie listopada i grudnia. Pod domek Kubusia Puchatka
skradały się dwie postacie w czarnych mundurach i kominiarkach, z których wystawały
tylko długie uszy. Nagle jeden wybił kolbą karabinu szybę w oknach, drugi
wyważył drzwi, wpadli do środka, wyciągnęli zaspanego Puchatka z łóżka, rzucili
na ziemię i krzycząc coś o synach suk, oporze i strzelaniu, padli na niego,
próbując założyć kajdanki na łapki, z których ciągle zsuwały się stalowe obręcze.
W końcu jeden z zamaskowanych długouchych rzucił kajdanki w kąt, zaklął brzydko
i powiedział:
- Nawet aresztować cię nie
można zgodnie z procedurą, dziwaku! – po czym wyciągnął igłę i nici, żeby
unieruchomić pluszowe łapki oszołomionego misia…
- Ale o co wam chodzi,
panowie? Myślę, że to bardzo niegrzeczny sposób na budzenie misia przed
wschodem słońca…
- Zamknij się! – wrzasnął
jeden z napastników i kolbą przycisnął łepek Kubusia do podłogi, dopóki drugi
nie zakończył szwu grubym supłem. Potem zarzucili Kubusiowi na głowę kawałek
prześcieradła i wykręcając mu ręce, wyprowadzili na podwórko, gdzie czekał już
na nich okratowany bus, do którego szybko wsiedli i ruszyli, zostawiając za
sobą tumany kurzu…



